sobota, 29 sierpnia 2015

Drugie życie, part 4



- Przestań mnie do cholery traktować jak dziecko! - ciskała się dalej. - Czemu zawsze się wtrącasz tam, gdzie cię nie chcą?
Max przekręcił kluczyk w stacyjce.
- Nie wiem – wzruszył nonszalancko ramionami. - chyba takiego urodziła mnie mama.
Minęli już którąś z rzędu przecznicę. Dziewczyna utkwiła wzrok w przedniej szybie, całkowicie ignorując kierowcę. Mężczyzna raz po raz zerkał na profil Emmy. Nigdy nie widział ją tak zdenerwowanej i złej. Nie mogąc wytrzymać tej wzrokowej inwigilacji, rzuciła ostro:
- I co mi się tak przypatrujesz? - Max nie mógł oderwać wzroku od jej rumianych policzków. W jakiś niewyjaśniony sposób dodawały jej uroku. Pomyślał, że nawet gdy się złości, jest śliczna.
Odchrząknął, przenosząc wzrok z powrotem na drogę.
- Długo się jeszcze będziesz dąsać? Naprawdę chcę ci pomóc.
- Pomóc? Wpieprzanie się do mojego życia nazywasz pomocą?
- To wcale nie tak, twoja matka... - przerwała mu.
- Co niby moja matka? Przedtem dawałyśmy sobie radę. Wystarczyłaby jedna wizyta u doktora, jakieś dodatkowe leki i to wszystko. Jednak pojawiłeś się ty i przekabaciłeś ją na swoją stronę. Mam nadzieję, że jesteś z siebie dumny. - drażnił go ton, jakim wypowiadała te słowa.
- Owszem, spełniłem dzisiaj dwa dobre uczynki. Uratowałem twoją mamę przed pogorszeniem się stanu zdrowia i ciebie przed przeciążaniem się. Twoja noga dalej nie jest zaleczona, zrobiłaś się jeszcze bledsza niż podczas pobytu w szpitalu. Wolę mieć cię na oku niż codziennie martwić się o ciebie.
- Czym sobie zasłużyłam na tak wyjątkowe traktowanie? - zapytała z dobrze wyczuwalną ironią. - Nie pomyślałeś, że nie chcę z tobą mieszkać?
- Obiecałem pani Ferguson, że się tobą zajmę. Sama nie dasz sobie rady z prowadzeniem domu. - zwolnił przed przejściem dla pieszych, by przepuścić starszego pana z laską.
- Nie odpowiedziałeś na moje wcześniejsze pytanie.
- Nie dyskutuję. - wysyczał niespodziewanie, po czym dodał gazu. Dziewczyna parsknęła pod nosem i odwróciła się w stronę bocznego okna.
Kilkanaście minut później dojechali na miejsce. Emma zdziwiła się, gdy zobaczyła jego posesję. Brama się otworzyła, wjechali na brukową alejkę. Max zgasił silnik, po czym wysiadł z samochodu. Chciał otworzyć jej drzwi, lecz Ferguson nie zwracając na niego uwagi, sama wysiadła. Zaparło jej dech w piersi. Całkiem spora willa oświetlona była światłami, które sprawiały wrażenie tajemniczości. Pośród mroków nocy udało jej się dostrzec po prawo altankę oraz basen, którego tafla mieniła się teraz w świetle księżyca. Światełka oświetlające domostwo co kilkanaście sekund zmieniały kolor, co dawało naprawdę piorunujące wrażenie. Emma z rozbawieniem pomyślała, że znalazła się w bajce o Kopciuszku i przychodzi właśnie jako tytułowa bohaterka do pałacu księcia. Księcia... Książę nie przekładałby ją przez ramię i nie zamykał siłą w samochodzie. Ocknęła się. Poczuła za sobą obecność mężczyzny.
- Panie przodem. - szepnął. Emma ruszyła w stronę marmurowych schodów, minęła dwa potężne filary i stanęła u drzwi. W czasie, gdy Max mocował się z zamkiem, dziewczyna zachłannie przypatrywała się każdemu elementowi. Elegancko rzeźbione poręcze, solidne, dębowe drzwi. Nawet mała kołatka, a pod nią tabliczka z nazwiskiem właściciela. Po chwili pan domu otworzył drzwi. Dziewczyna zastygła z nieelegancko otwartą buzią. Przed nią ciągnął się korytarz, wyłożony jasnym parkietem, niewielki wieszak, duże lustro z bogato rzeźbioną ramą. Światło dawały jedynie kinkiety na ścianach. Max poprowadził ją dalej. Włączył oświetlenie. Za korytarzem znajdował się salon, w którym dominowały głównie jasne, ciepłe kolory. Puszysty, miękki dywan w biszkoptowym kolorze, białe meble i najbardziej przykuwający wzrok kryształowy żyrandol. Dziewczyna nigdy w życiu nie widziała czegoś podobnego. Ściany w kremowym kolorze, po prawo nad kominkiem znajdował się duży telewizor plazmowy. Mężczyzna włączył jeszcze dwie lampki, jedną na komodzie, drugą w rogu pokoju. Przeszli obok skórzanej kanapy, gdzie po prawej mieściła się kuchnia. Skromne wyposażenie, takie jak jasnobrązowe szafki szafki, wyspa pośrodku kuchni, nieopodal okna stół z czterema krzesłami mimo wszystko pięknie komponowały się z dominującym z tym pomieszczeniu kolorem kawy. Wszystko idealnie zaprojektowanie, każda rzecz miała swoje miejsce, zadbano o każdy drobiazg. Emma chcąc nie chcąc musiała przyznać, że właściciel miał gust.
- Chodź na górę, pokaże ci twoją sypialnię. - powiedział, pokonując z powrotem salon i kierując się ku krętym schodom. Kierując się tym razem wąskim korytarzykiem pobieżnie zerkała na zdjęcia zawieszone na ścianach, na których znajdował się Max ze swoją rodziną. Od razu jej wzrok padł na ostatnie drzwi w końcu korytarza, jednak Max nie wspomniał o nich nawet słowem. ,,Pewnie to jego sypialnia”, pomyślała. Mężczyzna zdusił klamkę pierwszych drzwi po lewo. Jak się okazało, była to łazienka z ogromną wanną, prysznicem i mini sauną. Ciekawym dodatkiem były złote wykończenia, takie jak na przykład klapa sedesu, kran czy też nóżki wanny. Całość zachowana w ciepłym odcieniu fioletu. Kolejne drzwi naprzeciwko prowadziły z kolei do jej pokoju. Ferguson po wejściu do środka nie mogła uwierzyć własnym oczom. Na lewo ogromne łoże z wezgłowiem, obok niewielka szafka nocna, duże okna, zasłony koloru delikatnego pastelowego różu, biurko z krzesłem oraz wygodny (na pierwszy rzut oka) fotel. Jednak nie to było główną atrakcją. W głębi pokoju znajdowała się wysoka po sam sufit biblioteczka, a na niej równiutko poukładane książki, zagospodarowane na dosłownie każdej półce. Emma podeszła bliżej. Dotknęła grzbietów książek, powoli napawając się ich zapachem. Przypomniała sobie gabinet ojca, w którym niegdyś mieściła się podobna kolekcja. Gdy odszedł, razem z matką zdecydowały się sprzedać wszystkie egzemplarze, by móc opłacić rachunki. Doskonale pamiętała, jak płakała, gdy była zmuszona zanieść je do antykwariatu. Wzięła głęboki oddech.
- Emmo, wszystko w porządku? - Max stał w progu, przyglądając się jej uważnie. Odwróciła się w jego kierunku, skinęła głową. Ostrożnie stawiała każdy krok, jakby wszystko miało się nagle ulotnić. Czuła się jakby nagle znalazła się we własnym śnie. W śnie, w którym mieszkała razem z mężem w pięknym apartamencie, wokół roztaczały się beztroskie pokrzykiwania dzieci. Gdzie nie byłoby strachu o każdy następny dzień, gdzie co noc nie prześladowałoby jej widmo tego feralnego wieczoru... Cichutko westchnęła. Prawie wszystko stało się teraz jawą, prócz męża i dzieci. Powinna się cieszyć. Powinna.
- Możesz się teraz odświeżyć, ja tymczasem zrobię nam kolację. Za półtorej godziny będzie gotowa. Rozgość się. - rzucił Whitehouse i po chwili już go nie było. Dziewczyna pierwsze co zrobiła, to rzuciła się na łoże, które wydawało jej się rozkosznie miękkie. Zaryła nosem w przyjemnie pachnącą pościel. Tak, zdecydowanie było ono wygodne.


Przemyła szybko twarz. Pora kolacji już nadeszła, jednak ona zapatrzyła się na widoki z balkonu. Przed nią rozciągała się panorama Los Angeles, mogła dokładnie wskazać, gdzie jest biurowiec, gdzie apteka, sklep czy poczta. Wszystko widoczne jak na dłoni. Jaskrawe światła neonów jak i uliczne latarnie oświetlały drogi. No i księżyc, który dzisiejszej nocy szczególnie ukazywał swe wdzięki. Emma wpatrywała się w srebrzystą kulę próbując odnaleźć się w tej nietypowej dla niej sytuacji. Zastanawiała się, jak będzie wyglądało życie z Maxem pod jednym dachem. Wciąż nie mogła w to uwierzyć. Jej nędzny domek nijak miał się do jego wystawnej willi. Czy może się tu odnaleźć? Czy tu uda jej się zapomnieć o... Wiele by oddała, by zapomnieć. Od tak, łykając magiczną pigułkę czy pijąc miksturę. Jak na razie szukała ukojenia w najzwyklejszych tabletkach na uspokojenie, gdyż na antydepresanty nie było ją po prostu stać. Podobnie jak na wizytę u psychologa. Leżąc na oddziale myślała, że uda jej się to jakoś przetrwać, że wystarczy przemilczeć temat, a blizny same się zagoją. Przed mamą udawała, że wszystko gra, tymczasem nie mogła nawet ze spokojem popatrzeć w lustro. Patrząc na swoje odbicie, czuła wstyd, zawód, obrzydzenie do samej siebie. A nade wszystko przejmujący ból, pętlę, która zaciskała się na jej żołądku, ilekroć musiała zrobić zakupy czy wyjść do banku. Bała się spoglądać ludziom w oczy, bała się tego co w nich zobaczy. Odrzucenie, pogardę, współczucie. Miała wrażenie, że wszyscy wiedzą o tym, co ją spotkało. Chwilami miała ochotę uciec z miasta, lecz kto zająłby się domem i niepełnosprawną mamą? Cóż, pozostało jej tylko czekać. Czekać, aż rany się zagoją. Zasypiała, łykając łzy, czując w ustach gorycz. Pytała samą siebie, dlaczego ją to spotkało? Dlaczego pozwoliła MU na spacer. Jej psychika była w fatalnym stanie. W chwilach rezygnacji naprawdę chciała ze sobą skończyć, przestać w końcu czuć. Jednak była tchórzem. Pocieszała się faktem, że każdy kolejny dzień będzie lepszy. Że przyszłość napiszę dla niej inny scenariusz. Czy pobyt u Maxa będzie jego pierwszym aktem? Poczeka. Może w końcu przestanie być biernym widzem w podrzędnym filmie jakim jest jej życie...
Ocknęła się dopiero, gdy coś z głośnym hukiem spadło na podłogę piętro niżej. Zerknęła na zegarek stojący na szafce obok łóżka. Zbyt długo pogrążyła się w rozważaniach. Spięła włosy gumką ściągniętą z przegubu ręki i szybko zbiegła po schodach.
Na dole Max uwijał się jak w ukropie, by przygotować coś ciepłego do jedzenia. Spojrzał na nią, gdy stanęła w progu kuchni, niepewnie zagryzając wargę.
- Przepraszam, nie pomyślałam, że potrzebujesz pomocy. - jej głos był odrobinę cieplejszy, jednak wciąż podchodziła do Whitehousa z pewną rezerwą. Zdjął z płyty indukcyjnej rondelek i postawił go na drewnianej podstawce na środku stołu. Wytarł palce w fartuch, którym był przepasany w pasie.
- Nie ma sprawy, nie mógłbym przecież nakazywać mojemu gościowi robienia kolacji. - zdjął fartuch i położył go na oparciu jednego z krzeseł. Szarmancko odsunął jej krzesło. - Proszę, usiądź. - zaczekał aż zajmie swoje miejsce, dopiero potem usiadł na krześle naprzeciw niej.
Emmę zdziwiło, że w ciągu półtorej godziny potrafił ugotować tak obfity posiłek i nakryć do stołu. Doliczyła się co najmniej pięciu półmisków, a z wcześniej wspomnianego rondla unosił się niezwykły aromat. Jak na zawołanie poczuła burczenie w brzuchu.
- Co prawda nie jest to kolacja ze świecami i dobrym winem, ale nie chciałem, byś czekała na jedzenie. Swoją drogą, pierwszy raz zdarzyło mi się przygotowywać kolację o godzinie dwudziestej trzeciej i to dla dwóch osób. - uśmiechnął się do niej wesoło, tak że nie mogła tego nie odwzajemnić. Ostrożnie uniosła kąciki ust. Gdyby Max nie był tak wykończony po całym dniu, oczy dosłownie wyszłyby mu z orbit, tymczasem on przyglądał jej się uważnie, jak gdyby wyznała, że sama pokonała Mount Everest. Odchrząknęła.
- Spaghetti, mam nadzieję, że mi się udało. Nie wiedziałem, co lubisz, więc zrobiłem jeszcze sałatkę, tosty i ugotowałem jajka. - uniosła jedną brew. - Częstuj się, póki gorące.
Nie skomentowała, ale była pod coraz większym wrażeniem, nie dość, że był szarmancki, to jeszcze świetnie radził sobie w kuchni.
Nałożyła sobie makaron na talerz i zaczęła pochłaniać swoją porcję. Dłuższy czas oboje milczeli. Dopiero po dziesięciu minutach głos zabrał Max, ocierając uprzednio usta w serwetkę.
- Nadal jesteś na mnie wściekła? - powoli przeżuwała swoją porcję dając sobie czas do namysłu.
- Nie tyle wściekła co zdezorientowana. Jeszcze nie odnalazłam się w tej sytuacji.
- Spokojnie, powoli się zaaklimatyzujesz. - wziął łyk wody. - A, i przepraszam cię za tą ,,próbę porwania”. - zrobił w powietrzu cudzysłów. - Nie pomyślałem, że może to być dla ciebie tak stresujące, czasami gdy czegoś bardzo chcę to mnie ponosi...
- Niech będzie, że ci wybaczyłam. - ucięła krótko, powracając do jedzenia.
- Chciałbym cię pobieżnie wtajemniczyć w niektóre sprawy. Po pierwsze, jak na razie masz zakaz wykonywania jakichkolwiek ciężkich prac, sprzątanie czy gotowanie też wchodzi w grę. Nie możesz się obciążać, w końcu nie po to ze mną zamieszkasz. Po drugie, pracuję od godziny 7 do 17, w weekendy czasem całymi nocami. Niestety nie zawsze będę w stanie uszykować coś do jedzenia, na razie będę musiał cię częstować gotowymi daniami do podgrzania w mikrofalówce czy kanapkami. Potem coś wymyślimy.
- Nie ma problemu, mogę gotować obiady. - gdy spostrzegła jego gniewne spojrzenie, spytała tylko: - No co?
- Zabraniam ci. Przynajmniej na razie. - dodał z namysłem. - A i jeszcze jedno. Jedyne o co cię proszę, to o to, byśmy jadali wspólnie chociaż kolację, jeśli nie w domu, to w jakiejś restauracji? Dobrze?
- Tak, jasne. - odłożyła na brzeg talerza widelec, zostawiając prawie nietknięty posiłek. Nie umknęło to uwadze Maxa.
- Nie smakuje ci? Prawie nic nie zjadłaś.
Głupio jej było zostawiać swoją porcję, doskonale widziała, jak bardzo Whitehouse się napracował. Emma jednak nigdy nie jadała dużo, a teraz po tym...w ogóle straciła apetyt.
- Nie o to chodzi, wszystko jest pyszne. Tylko, że ja ostatnio nie mam apetytu, powinnam cię wcześniej uprzedzić, żebyś nie robił tak obfitej kolacji, myślałam, że zaserwujesz kanapki czy coś w tym rodzaju. Przepraszam. - Max westchnął ciężko, ale nie był o to zły.
- Muszę się wziąć za ciebie. - mimowolnie skamieniała na te słowa. - Dopilnuję, byś regularnie się odżywiała, by powrócić do zdrowia musisz nabrać sił.
Emma poczuła, że powieki same jej się zamykają, dłonią powstrzymała ziewnięcie.
- Wybacz, ale pójdę już do...siebie. - będzie się musiała przyzwyczaić do tego określenia. - Bardzo dziękuję za kolację. - ostentacyjnie wstała od stołu. - Dobranoc.
- Dobrej nocy, Emmo. Śpij dobrze. - powiedział cicho, w zamyśleniu opierając brodę na pięści.
Gdy wyszła z łazienki, na skraju łóżka zobaczyła równo poskładane spodenki i T-shirt. Tymczasowa piżama była tak duża, że dziewczyna wydawała się ginąć wśród masy materiału. Z ulgą przyłożyła głowę do poduszki. Max życzył jej spokojnych snów, jednak wątpiła, by udało przespać się jej całą noc. Wróciła myślami do mężczyzny. Miała udawać obrażoną, jednak mimo wszystko on chciał tylko jej dobra. Może rzeczywiście zbyt ostro go potraktowała? Musi go przeprosić koniecznie jutro rano. Teraz marzyła tylko o to, by zamknąć oczy i oddać się w objęcia Morfeusza.
Jak pomyślała, tak też zrobiła.

Max rozespany wyszedł ze swojego sypialnio-gabinetu z zamiarem napicia się wody. Starał się cicho stąpać, by nie rozbudzić śpiącej za ścianą dziewczyny. Mijając drzwi jej pokoju, dobiegł go stłumiony krzyk. Przystanął. Emma coś bełkotała, w pewnej chwili głośno warknęła, co zaalarmowało Maxa. Bez pytania wparował do środka. Na łóżku dziewczyna mocno wierzgała, raz po raz wymawiając niezrozumiałe słowa. Rzucała się przez sen, przewracając się z boku na bok. Koszmar, który teraz ją prześladował musiał być wyjątkowo przerażający. Max oniemiały patrzył na pogrążoną w marazmie Emmę, niezdolny do ruchu.
- Pomocy, ratunku, niech mi ktoś pomoże! - krzyczała przez sen.
Musiał wkroczyć do akcji.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz