Max przekręcił kluczyk w stacyjce.
- Nie wiem – wzruszył nonszalancko
ramionami. - chyba takiego urodziła mnie mama.
Minęli już którąś z rzędu
przecznicę. Dziewczyna utkwiła wzrok w przedniej szybie, całkowicie
ignorując kierowcę. Mężczyzna raz po raz zerkał na profil Emmy.
Nigdy nie widział ją tak zdenerwowanej i złej. Nie mogąc
wytrzymać tej wzrokowej inwigilacji, rzuciła ostro:
- I co mi się tak przypatrujesz? - Max
nie mógł oderwać wzroku od jej rumianych policzków. W jakiś
niewyjaśniony sposób dodawały jej uroku. Pomyślał, że nawet gdy
się złości, jest śliczna.
Odchrząknął, przenosząc wzrok z
powrotem na drogę.
- Długo się jeszcze będziesz dąsać?
Naprawdę chcę ci pomóc.
- Pomóc? Wpieprzanie się do mojego
życia nazywasz pomocą?
- To wcale nie tak, twoja matka... -
przerwała mu.
- Co niby moja matka? Przedtem
dawałyśmy sobie radę. Wystarczyłaby jedna wizyta u doktora,
jakieś dodatkowe leki i to wszystko. Jednak pojawiłeś się ty i
przekabaciłeś ją na swoją stronę. Mam nadzieję, że jesteś z
siebie dumny. - drażnił go ton, jakim wypowiadała te słowa.
- Owszem, spełniłem dzisiaj dwa dobre
uczynki. Uratowałem twoją mamę przed pogorszeniem się stanu
zdrowia i ciebie przed przeciążaniem się. Twoja noga dalej nie
jest zaleczona, zrobiłaś się jeszcze bledsza niż podczas pobytu w
szpitalu. Wolę mieć cię na oku niż codziennie martwić się o
ciebie.
- Czym sobie zasłużyłam na tak
wyjątkowe traktowanie? - zapytała z dobrze wyczuwalną ironią. -
Nie pomyślałeś, że nie chcę z tobą mieszkać?
- Obiecałem pani Ferguson, że się
tobą zajmę. Sama nie dasz sobie rady z prowadzeniem domu. - zwolnił
przed przejściem dla pieszych, by przepuścić starszego pana z
laską.
- Nie odpowiedziałeś na moje
wcześniejsze pytanie.
- Nie dyskutuję. - wysyczał
niespodziewanie, po czym dodał gazu. Dziewczyna parsknęła pod
nosem i odwróciła się w stronę bocznego okna.
Kilkanaście minut później dojechali
na miejsce. Emma zdziwiła się, gdy zobaczyła jego posesję. Brama
się otworzyła, wjechali na brukową alejkę. Max zgasił silnik, po
czym wysiadł z samochodu. Chciał otworzyć jej drzwi, lecz Ferguson
nie zwracając na niego uwagi, sama wysiadła. Zaparło jej dech w
piersi. Całkiem spora willa oświetlona była światłami, które
sprawiały wrażenie tajemniczości. Pośród mroków nocy udało jej
się dostrzec po prawo altankę oraz basen, którego tafla mieniła
się teraz w świetle księżyca. Światełka oświetlające domostwo
co kilkanaście sekund zmieniały kolor, co dawało naprawdę
piorunujące wrażenie. Emma z rozbawieniem pomyślała, że znalazła
się w bajce o Kopciuszku i przychodzi właśnie jako tytułowa
bohaterka do pałacu księcia. Księcia... Książę nie przekładałby
ją przez ramię i nie zamykał siłą w samochodzie. Ocknęła się.
Poczuła za sobą obecność mężczyzny.
- Panie przodem. - szepnął. Emma
ruszyła w stronę marmurowych schodów, minęła dwa potężne
filary i stanęła u drzwi. W czasie, gdy Max mocował się z
zamkiem, dziewczyna zachłannie przypatrywała się każdemu
elementowi. Elegancko rzeźbione poręcze, solidne, dębowe drzwi.
Nawet mała kołatka, a pod nią tabliczka z nazwiskiem właściciela.
Po chwili pan domu otworzył drzwi. Dziewczyna zastygła z
nieelegancko otwartą buzią. Przed nią ciągnął się korytarz,
wyłożony jasnym parkietem, niewielki wieszak, duże lustro z bogato
rzeźbioną ramą. Światło dawały jedynie kinkiety na ścianach.
Max poprowadził ją dalej. Włączył oświetlenie. Za korytarzem
znajdował się salon, w którym dominowały głównie jasne, ciepłe
kolory. Puszysty, miękki dywan w biszkoptowym kolorze, białe meble
i najbardziej przykuwający wzrok kryształowy żyrandol. Dziewczyna
nigdy w życiu nie widziała czegoś podobnego. Ściany w kremowym
kolorze, po prawo nad kominkiem znajdował się duży telewizor
plazmowy. Mężczyzna włączył jeszcze dwie lampki, jedną na
komodzie, drugą w rogu pokoju. Przeszli obok skórzanej kanapy,
gdzie po prawej mieściła się kuchnia. Skromne wyposażenie, takie
jak jasnobrązowe szafki szafki, wyspa pośrodku kuchni, nieopodal
okna stół z czterema krzesłami mimo wszystko pięknie komponowały
się z dominującym z tym pomieszczeniu kolorem kawy. Wszystko
idealnie zaprojektowanie, każda rzecz miała swoje miejsce, zadbano
o każdy drobiazg. Emma chcąc nie chcąc musiała przyznać, że
właściciel miał gust.
- Chodź na górę, pokaże ci twoją
sypialnię. - powiedział, pokonując z powrotem salon i kierując
się ku krętym schodom. Kierując się tym razem wąskim
korytarzykiem pobieżnie zerkała na zdjęcia zawieszone na ścianach,
na których znajdował się Max ze swoją rodziną. Od razu jej wzrok
padł na ostatnie drzwi w końcu korytarza, jednak Max nie wspomniał
o nich nawet słowem. ,,Pewnie to jego sypialnia”, pomyślała.
Mężczyzna zdusił klamkę pierwszych drzwi po lewo. Jak się
okazało, była to łazienka z ogromną wanną, prysznicem i mini
sauną. Ciekawym dodatkiem były złote wykończenia, takie jak na
przykład klapa sedesu, kran czy też nóżki wanny. Całość
zachowana w ciepłym odcieniu fioletu. Kolejne drzwi naprzeciwko
prowadziły z kolei do jej pokoju. Ferguson po wejściu do środka
nie mogła uwierzyć własnym oczom. Na lewo ogromne łoże z
wezgłowiem, obok niewielka szafka nocna, duże okna, zasłony koloru
delikatnego pastelowego różu, biurko z krzesłem oraz wygodny (na
pierwszy rzut oka) fotel. Jednak nie to było główną atrakcją. W
głębi pokoju znajdowała się wysoka po sam sufit biblioteczka, a
na niej równiutko poukładane książki, zagospodarowane na
dosłownie każdej półce. Emma podeszła bliżej. Dotknęła
grzbietów książek, powoli napawając się ich zapachem.
Przypomniała sobie gabinet ojca, w którym niegdyś mieściła się
podobna kolekcja. Gdy odszedł, razem z matką zdecydowały się
sprzedać wszystkie egzemplarze, by móc opłacić rachunki.
Doskonale pamiętała, jak płakała, gdy była zmuszona zanieść je
do antykwariatu. Wzięła głęboki oddech.
- Emmo, wszystko w porządku? - Max
stał w progu, przyglądając się jej uważnie. Odwróciła się w
jego kierunku, skinęła głową. Ostrożnie stawiała każdy krok,
jakby wszystko miało się nagle ulotnić. Czuła się jakby nagle
znalazła się we własnym śnie. W śnie, w którym mieszkała razem
z mężem w pięknym apartamencie, wokół roztaczały się
beztroskie pokrzykiwania dzieci. Gdzie nie byłoby strachu o każdy
następny dzień, gdzie co noc nie prześladowałoby jej widmo tego
feralnego wieczoru... Cichutko westchnęła. Prawie wszystko stało
się teraz jawą, prócz męża i dzieci. Powinna się cieszyć.
Powinna.
- Możesz się teraz odświeżyć, ja
tymczasem zrobię nam kolację. Za półtorej godziny będzie gotowa.
Rozgość się. - rzucił Whitehouse i po chwili już go nie było.
Dziewczyna pierwsze co zrobiła, to rzuciła się na łoże, które
wydawało jej się rozkosznie miękkie. Zaryła nosem w przyjemnie
pachnącą pościel. Tak, zdecydowanie było ono wygodne.
Przemyła szybko twarz. Pora kolacji
już nadeszła, jednak ona zapatrzyła się na widoki z balkonu.
Przed nią rozciągała się panorama Los Angeles, mogła dokładnie
wskazać, gdzie jest biurowiec, gdzie apteka, sklep czy poczta.
Wszystko widoczne jak na dłoni. Jaskrawe światła neonów jak i
uliczne latarnie oświetlały drogi. No i księżyc, który
dzisiejszej nocy szczególnie ukazywał swe wdzięki. Emma wpatrywała
się w srebrzystą kulę próbując odnaleźć się w tej nietypowej
dla niej sytuacji. Zastanawiała się, jak będzie wyglądało życie
z Maxem pod jednym dachem. Wciąż nie mogła w to uwierzyć. Jej
nędzny domek nijak miał się do jego wystawnej willi. Czy może się
tu odnaleźć? Czy tu uda jej się zapomnieć o... Wiele by oddała,
by zapomnieć. Od tak, łykając magiczną pigułkę czy pijąc
miksturę. Jak na razie szukała ukojenia w najzwyklejszych
tabletkach na uspokojenie, gdyż na antydepresanty nie było ją po
prostu stać. Podobnie jak na wizytę u psychologa. Leżąc na
oddziale myślała, że uda jej się to jakoś przetrwać, że
wystarczy przemilczeć temat, a blizny same się zagoją. Przed mamą
udawała, że wszystko gra, tymczasem nie mogła nawet ze spokojem
popatrzeć w lustro. Patrząc na swoje odbicie, czuła wstyd, zawód,
obrzydzenie do samej siebie. A nade wszystko przejmujący ból,
pętlę, która zaciskała się na jej żołądku, ilekroć musiała
zrobić zakupy czy wyjść do banku. Bała się spoglądać ludziom w
oczy, bała się tego co w nich zobaczy. Odrzucenie, pogardę,
współczucie. Miała wrażenie, że wszyscy wiedzą o tym, co ją
spotkało. Chwilami miała ochotę uciec z miasta, lecz kto zająłby
się domem i niepełnosprawną mamą? Cóż, pozostało jej tylko
czekać. Czekać, aż rany się zagoją. Zasypiała, łykając łzy,
czując w ustach gorycz. Pytała samą siebie, dlaczego ją to
spotkało? Dlaczego pozwoliła MU na spacer. Jej psychika była w
fatalnym stanie. W chwilach rezygnacji naprawdę chciała ze sobą
skończyć, przestać w końcu czuć. Jednak była tchórzem.
Pocieszała się faktem, że każdy kolejny dzień będzie lepszy. Że
przyszłość napiszę dla niej inny scenariusz. Czy pobyt u Maxa
będzie jego pierwszym aktem? Poczeka. Może w końcu przestanie być
biernym widzem w podrzędnym filmie jakim jest jej życie...
Ocknęła się dopiero, gdy coś z
głośnym hukiem spadło na podłogę piętro niżej. Zerknęła na
zegarek stojący na szafce obok łóżka. Zbyt długo pogrążyła
się w rozważaniach. Spięła włosy gumką ściągniętą z
przegubu ręki i szybko zbiegła po schodach.
Na dole Max uwijał się jak w ukropie,
by przygotować coś ciepłego do jedzenia. Spojrzał na nią, gdy
stanęła w progu kuchni, niepewnie zagryzając wargę.
- Przepraszam, nie pomyślałam, że
potrzebujesz pomocy. - jej głos był odrobinę cieplejszy, jednak
wciąż podchodziła do Whitehousa z pewną rezerwą. Zdjął z płyty
indukcyjnej rondelek i postawił go na drewnianej podstawce na środku
stołu. Wytarł palce w fartuch, którym był przepasany w pasie.
- Nie ma sprawy, nie mógłbym przecież
nakazywać mojemu gościowi robienia kolacji. - zdjął fartuch i
położył go na oparciu jednego z krzeseł. Szarmancko odsunął jej
krzesło. - Proszę, usiądź. - zaczekał aż zajmie swoje miejsce,
dopiero potem usiadł na krześle naprzeciw niej.
Emmę zdziwiło, że w ciągu półtorej
godziny potrafił ugotować tak obfity posiłek i nakryć do stołu.
Doliczyła się co najmniej pięciu półmisków, a z wcześniej
wspomnianego rondla unosił się niezwykły aromat. Jak na zawołanie
poczuła burczenie w brzuchu.
- Co prawda nie jest to kolacja ze
świecami i dobrym winem, ale nie chciałem, byś czekała na
jedzenie. Swoją drogą, pierwszy raz zdarzyło mi się przygotowywać
kolację o godzinie dwudziestej trzeciej i to dla dwóch osób. -
uśmiechnął się do niej wesoło, tak że nie mogła tego nie
odwzajemnić. Ostrożnie uniosła kąciki ust. Gdyby Max nie był tak
wykończony po całym dniu, oczy dosłownie wyszłyby mu z orbit,
tymczasem on przyglądał jej się uważnie, jak gdyby wyznała, że
sama pokonała Mount Everest. Odchrząknęła.
- Spaghetti, mam nadzieję, że mi się
udało. Nie wiedziałem, co lubisz, więc zrobiłem jeszcze sałatkę,
tosty i ugotowałem jajka. - uniosła jedną brew. - Częstuj się,
póki gorące.
Nie skomentowała, ale była pod coraz
większym wrażeniem, nie dość, że był szarmancki, to jeszcze
świetnie radził sobie w kuchni.
Nałożyła sobie makaron na talerz i
zaczęła pochłaniać swoją porcję. Dłuższy czas oboje milczeli.
Dopiero po dziesięciu minutach głos zabrał Max, ocierając
uprzednio usta w serwetkę.
- Nadal jesteś na mnie wściekła? -
powoli przeżuwała swoją porcję dając sobie czas do namysłu.
- Nie tyle wściekła co
zdezorientowana. Jeszcze nie odnalazłam się w tej sytuacji.
- Spokojnie, powoli się
zaaklimatyzujesz. - wziął łyk wody. - A, i przepraszam cię za tą
,,próbę porwania”. - zrobił w powietrzu cudzysłów. - Nie
pomyślałem, że może to być dla ciebie tak stresujące, czasami
gdy czegoś bardzo chcę to mnie ponosi...
- Niech będzie, że ci wybaczyłam. -
ucięła krótko, powracając do jedzenia.
- Chciałbym cię pobieżnie
wtajemniczyć w niektóre sprawy. Po pierwsze, jak na razie masz
zakaz wykonywania jakichkolwiek ciężkich prac, sprzątanie czy
gotowanie też wchodzi w grę. Nie możesz się obciążać, w końcu
nie po to ze mną zamieszkasz. Po drugie, pracuję od godziny 7 do
17, w weekendy czasem całymi nocami. Niestety nie zawsze będę w
stanie uszykować coś do jedzenia, na razie będę musiał cię
częstować gotowymi daniami do podgrzania w mikrofalówce czy
kanapkami. Potem coś wymyślimy.
- Nie ma problemu, mogę gotować
obiady. - gdy spostrzegła jego gniewne spojrzenie, spytała tylko: -
No co?
- Zabraniam ci. Przynajmniej na razie.
- dodał z namysłem. - A i jeszcze jedno. Jedyne o co cię proszę,
to o to, byśmy jadali wspólnie chociaż kolację, jeśli nie w
domu, to w jakiejś restauracji? Dobrze?
- Tak, jasne. - odłożyła na brzeg
talerza widelec, zostawiając prawie nietknięty posiłek. Nie
umknęło to uwadze Maxa.
- Nie smakuje ci? Prawie nic nie
zjadłaś.
Głupio jej było zostawiać swoją
porcję, doskonale widziała, jak bardzo Whitehouse się napracował.
Emma jednak nigdy nie jadała dużo, a teraz po tym...w ogóle
straciła apetyt.
- Nie o to chodzi, wszystko jest
pyszne. Tylko, że ja ostatnio nie mam apetytu, powinnam cię
wcześniej uprzedzić, żebyś nie robił tak obfitej kolacji,
myślałam, że zaserwujesz kanapki czy coś w tym rodzaju.
Przepraszam. - Max westchnął ciężko, ale nie był o to zły.
- Muszę się wziąć za ciebie. -
mimowolnie skamieniała na te słowa. - Dopilnuję, byś regularnie
się odżywiała, by powrócić do zdrowia musisz nabrać sił.
Emma poczuła, że powieki same jej się
zamykają, dłonią powstrzymała ziewnięcie.
- Wybacz, ale pójdę już do...siebie.
- będzie się musiała przyzwyczaić do tego określenia. - Bardzo
dziękuję za kolację. - ostentacyjnie wstała od stołu. -
Dobranoc.
- Dobrej nocy, Emmo. Śpij dobrze. -
powiedział cicho, w zamyśleniu opierając brodę na pięści.
Gdy wyszła z łazienki, na skraju
łóżka zobaczyła równo poskładane spodenki i T-shirt. Tymczasowa
piżama była tak duża, że dziewczyna wydawała się ginąć wśród
masy materiału. Z ulgą przyłożyła głowę do poduszki. Max
życzył jej spokojnych snów, jednak wątpiła, by udało przespać
się jej całą noc. Wróciła myślami do mężczyzny. Miała udawać
obrażoną, jednak mimo wszystko on chciał tylko jej dobra. Może
rzeczywiście zbyt ostro go potraktowała? Musi go przeprosić
koniecznie jutro rano. Teraz marzyła tylko o to, by zamknąć oczy i
oddać się w objęcia Morfeusza.
Jak pomyślała, tak też zrobiła.
Max rozespany wyszedł ze swojego
sypialnio-gabinetu z zamiarem napicia się wody. Starał się cicho
stąpać, by nie rozbudzić śpiącej za ścianą dziewczyny. Mijając
drzwi jej pokoju, dobiegł go stłumiony krzyk. Przystanął. Emma
coś bełkotała, w pewnej chwili głośno warknęła, co
zaalarmowało Maxa. Bez pytania wparował do środka. Na łóżku
dziewczyna mocno wierzgała, raz po raz wymawiając niezrozumiałe
słowa. Rzucała się przez sen, przewracając się z boku na bok.
Koszmar, który teraz ją prześladował musiał być wyjątkowo
przerażający. Max oniemiały patrzył na pogrążoną w marazmie
Emmę, niezdolny do ruchu.
- Pomocy, ratunku, niech mi ktoś
pomoże! - krzyczała przez sen.
Musiał wkroczyć do akcji.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz