środa, 26 sierpnia 2015

Break the Rules ~ część.15


część.14

(Maciek)

- Cześć stary, ja dzwonię w sprawie tych śpiworów. Załatwisz je, czy ja mam od razu szukać i namiotów i śpiworów? - zapytałem stojąc w supermarkecie w dziale 'dla domu i ogrodu'.

-Yyy... - chłopak odpowiedział mi monosylabą, pewnie ktoś teraz u niego był, bo usłyszałem jakiś głos w tle. - Nie musisz, ja je skombinuję. Dobrze, że dzwonisz, bo chciałbym cię o coś zapytać.

- Gość Burego był wyraźnie tym faktem niezadowolony, bo dało się słyszeć przytłumione słowa 'nawet nie próbuj'.

- Nikodem, o co ci biega, kto jest z tobą? - szmery się nasiliły. Odpowiedział dopiero po kilku sekundach.

- Dziki, może ze mną jechać dziewczyna? - zamilknąłem. Niewiele się namyślając, odparłem.

- Jasne, skoro Weronika jedzie... - w jednej sekundzie sobie coś uświadomiłem. - Nie masz przypadkiem na myśli Martiki, powiedz, że nie masz. Bury?

- Super, to już ustalone. - stojąc z otwartą buzią nie mogłem z siebie wyrzucić nawet słowa. Właśnie zgodziłem się na to, by podczas wyjazdu towarzyszyła nam ta wariatka. To znaczy dałem się podpuścić. No kurwa. - Sorry, muszę już kończyć, do zobaczenia. - Jakubik się rozłączył.

- Bury, nie, ona nie może jechać, Bury! - warknąłem do słuchawki świadomy że kumpel tego nie słyszy. O nie, nie dopuszczę do tego, by ktokolwiek zepsuł mi ten wypad. Zwłaszcza obecność płomiennowłosej awanturniczki . Spoglądnąłem na regały ze śpiworami. Wszystkiego mi się odechciało, zwłaszcza tych zakupów.

Do cholery, jak długo ta przybłęda będzie się nam kręcić pod nogami?!



Roberta zastałem na tyłach opuszczonego magazynu. Siedział na schodach prowadzących do tylnego wyjścia. Spokojnie zaciągał się papierosem, robił kółka z dymu. Chciałbym być taki jak on. Zawsze być z boku, mieć takich rodziców jakich on ma, młodszą siostrzyczkę. Naprawdę, chciałbym mieć młodsze rodzeństwo. Chłopczyka nauczyłbym jazdy na motocyklu, dziewczynkę ochraniałbym przed natrętnymi adoratorami. Jakoś nie wierzę w te bajeczki Nikodema czy Roberta że przy dzieciach nie mają życia. Siostra Roberta Nikola jak na swoje pięć lat jest bardzo bystra i pojętna, z kolei młodsze rodzeństwo Burego, również pięcioletni Jacek i jedenastoletni Kuba są naprawdę zgraną paczką. Za to Justyna, o cztery lata starsza siostra Szybkiego czasem pomaga mi z polaka, studiuje polonistykę, więc czasem uda mi się użebrać u niej jedno czy dwa wypracowania. Tylko ja jestem jedynakiem. Kiedyś tak nie było. Kiedyś było lepiej.

- Siema. - stanąłem tuż przed nim, opierając się o balustradę.

- O Dziki, weź nie zasłaniaj mi słońca, tak przyjemnie grzeje. - zdjął okulary przeciwsłoneczne i włożył je za kołnierz podkoszulki.

- Przy 34 stopniach w cieniu? Mogę ci jeszcze przynieść koc, skoro ci zimno. - brunet uśmiechnął się.

- Dobra, to czemu chciałeś się ze mną widzieć? - podał mi fajkę, zaciągnąłem się mocno.

- Organizujemy wypad nad Wisłę. Na kilka dni. Bez sensu gnić w domu w taką pogodę.

- Aha, czyli lepiej gnić na tym upale na rozgrzanej plaży? Masz rację. I tak bym z wami pojechał. Rodzice już zapowiedzieli mi grafik rodzinnych schadzek. Wolę już się z wami prażyć niż opowiadać każdemu z osobna, dlaczego nie mam w tym wieku nawet dziewczyny.

- Robercik, a może ty preferujesz chłopczyków? - przysiadłem obok niego.

- Myślisz, że ta brunetka ze stadionu była transwestytą? - jego naprawdę nie da się sprowokować. Chociaż widziałem kiedyś co stało się z kolesiem który zbyt nadgorliwie przypieprzał się do Justyny. W końcu nie bez powodu może się pochwalić czarnym pasem w karate.

- Co u Martiki? Przeżyła kaca stulecia po tamtej imprezie?

- Nie wymawiaj jej imienia przy mnie. Zachowała się jak totalna idiotka. I za taką ją teraz uważam.

- Spójrz na to z jej perspektywy. Przecież z byle powodu nie rozpętałaby takiej jatki. Skąd wiesz, która zaczęła?

- Nie trudno się domyśleć. Ona jest nieprzewidywalna. Narobiła nam tylko wstydu. Zwłaszcza Nikodemowi. Jak on ma jeszcze siłę za nią chodzić?

- Łatwo przychodzi ci szufladkowanie ludzi. Ja jestem po jej stronie. Byłem wtedy za sceną, ta laska z która się pobiła pierwsza zaczęła się do niej przystawiać. Słyszałeś kiedyś o obronie koniecznej?

- Ale do cholery, co ona takiego mogła Martice powiedzieć, by ta zaczęła ją okładać pięściami?

- Widocznie blondynka powiedziała jedno słowo za dużo. Każdy ma swoją cierpliwość.

- Bądź co bądź, powinna się opanować. - brunet rzucił mi pełne zdziwienia spojrzenie.

- I ty to mówisz? Ty? Mam ci przypomnieć ostatnie wakacje i osobę niejakiego Patryka Makowieckiego?

- Nie wymawiaj przy mnie jego nazwiska. - syknąłem. - Sam się prosił o mordobicie, to inna sprawa.

Robert zaśmiał się i wyciągnął kolejnego papierosa.

- Mylisz się. Tak samo jak tamta blondyna sprowokowała Martikę, tak on lekko mówiąc przegiął strunę. Nie zawsze można zignorować czyjeś zaczepki. Co jak co, ale ty powinieneś o tym najlepiej wiedzieć. - nie podobał mi się ton, jakim prawił mi to kazanie. Co gorsza, musiałem przyznać mu rację.

- Tylko... gdy Nikodem ją odprowadzał, spojrzała na mnie z taką wyższością. Jakby była dumna z tego że pobiła tamtą. - Winnicki wstał, otrzepując spodnie z kurzu.

- Ja też byłbym dumny, w końcu dała tamtej lasce niezły wycisk. Nie wiedziałem, że potrafi się tak bić.

- Wiesz, zapytam jej czy nie zechciałaby dawać ci jakiś prywatnych lekcji, w końcu karate to zabawa dla małych dziewczynek. - zrobił urażoną minę.

- Masz rację. Powiem trenerowi, że z tym kończę. Dzięki, że mnie natchnąłeś, Dziki.

- Do usług. - zjechałem po barierce na dół. - Ruszaj się, zapomniałeś? Magda ma dziś urodziny, a wiesz co to oznacza?

- No pewnie, że wiem. Nie mamy prezentu, więc trzeba będzie jej go oddać w naturze.

Próbując się nie roześmiać, dodałem:

- Ale że my dwaj od razu? Się dziewczyna nieźle natrudzi.



Rozchyliłem z trudem powieki, gdyż promienie słoneczne napierdalające z niebywałą częstotliwością w me gały postawiły sobie za cel utrudnienie mi życia. Na ile mogłem uniosłem głowę by móc określić swoją lokalizację. Kto to już przebył wie, jak trudne jest przywrócenie się do porządku po przyjęciu urodzinowym nakrapianym sporą ilością alkoholu. Zwłaszcza jeśli nie budzisz się w swoim pokoju, w swoim łóżku. Łóżku? Cholera, skąd ja się tu...? Wytężyłem szare komórki by przypomnieć sobie wydarzenia poprzedniego wieczoru. Był toast za Magdę, która skończyła jako pierwsza z naszej klasy osiemnastkę, potem pasy o północy, potem znowu toast, chyba za jej zdrowie, potem...ah... To wszystko przez tą zdradziecką szklaneczkę, którą podsunął mi Szybki. Że niby alko sprowadzane z Węgier... Już kapuje. Niech ja go tylko dopadnę. Nie usiądzie na dupie przez tydzień.

Nie wierząc w to że w jeden dzień dwóch moich najlepszych kumpli podłożyło mi świnię dźwignąłem się z łóżka. Zresztą bardzo przestronnego łóżka, do tego przyjemnie pachnącego świeżością. Na szczęście miałem na sobie ciuchy. Rozejrzałem się po sypialni. Całkiem przestronna, ze ścianami w kolorze pastelowego różu, z białą toaletką naprzeciw łóżka, kryształowym żyrandolem, mięciutkim kremowym dywanem. A, i jeszcze baldachim, w który udało mi się zaplątać. Walcząc z nudnościami i kawałkiem materiału zaplątanego w moje nogi w końcu runąłem na podłogę z głośnym stęknięciem. Czułem się niczym przejechana przez walec i przyklejona do podeszwy buta guma do żucia. To jeszcze nic. Tuż pod materacem, w małym kojcu leżał mały jork. Na mój widok zaczął warczeć i szczekać. Nie dość, że w głowie miałem tykającą bombę, mięśnie bolały mnie jakbym zrobił co najmniej pięć serii na siłce, to jeszcze ta mała, pozornie wyglądająca milusio bestia ujadała mi nad uchem. W obawie, że ktoś mógłby mnie zastać w tak podłym położeniu szybko się podniosłem, wykopując jak najdalej nieszczęsny skrawek baldachimu, trącając przy tym nogę fotela, stojącego tuż pod ścianą. Mebel zachybotał się, po czym upadł na ziemię z takim hukiem, że mógłby obudzić nawet zmarłego. Klnąc siarczyście pod nosem zerknąłem w stronę uchylonego okna. Szybko oceniłem wysokość na jakim się ono znajduje. Pierwsze piętro. Musiałem się szybko ewakuować, zaraz do pokoju mogłaby wparować Magda lub ktoś z jej rodziny. Jednak nie zdążyłem przełożyć nawet nogi za framugę okna gdy drzwi gwałtownie się otworzyły.

Wspominałem już, że mam kurewskie szczęście?

- Rany, Maciek... - dziewczyna przyłożyła dłoń do serca z wyraźną ulgą. - Co się tak tłukło?

Wciąż rozważając opcję ucieczki po rynnie niechętnie się odwróciłem. Jubilatka wpatrywała się we mnie rozbawiona.

- Przewróciłem fotel i chyba zerwałem ci baldachim nad łóżkiem. - zacząłem przepraszającym tonem. - Za wszystko oddam ci kasę, słowo.

Właścicielka sypialni machnęła ręką.

- Daj spokój, nic się nie stało. Powiedz lepiej, czy dajesz jeszcze radę po wczorajszym?

- Nie jest najgorzej. Poza tym masz naprawdę kochanego pieska. Wścieklizna to w jego przypadku mało powiedziane. - przejechałem dłonią po włosach, słysząc chichot dziewczyny. Wystarczająco się już poniżyłem. Wtedy najchętniej bym się teleportował do siebie, by zakopać się w kołdrze i nie wychodzić do następnego dnia. Magda najwidoczniej domyśliła się moich pragnień, bo podała mi szklankę z przezroczystą cieczą.

- Tak normalnie to nie jest taki groźny, tylko na ciebie tak zareagował. Wypij to, pozwoli ci normalnie funkcjonować przez dwanaście godzin. Przynajmniej tak rekomenduje producent. - z wdzięcznością przyjąłem szklankę i łyknąłem magiczny eliksir. Doprawdy ozłociłbym faceta, który wymyślił lek na kaca. Bo tylko facet mógłby wpaść na tak genialny pomysł, kobieta najchętniej wprowadziłaby na rynek coś, co tylko spotęgowałoby odczuwalne katusze. Chociaż w sumie dobrze, że istnieje coś takiego jak 'choroba dnia następnego', inaczej wszyscy zapiliby się na śmierć. Zdziwiony myślą, iż wciąż potrafię używać mózgownicy, odstawiłem naczynie na biurko i zabrałem z oparcia krzesła moją koszulę. Mogłem przysiąc, że w chwili imprezy miałem ją na sobie. Co więc robiła na krześle, a ja pozostałem tylko w bokserce? Jęknąłem, wyobrażając sobie co mogło być tego powodem.

- Dzięki, Madzia, tylko... - tu nieznacznie przerwałem. - Czy my...no wiesz...

Świetnie. Nie ma to jak pytać się laski, czy po pijaku się z nią nie spało.

Dziewczyna chwilę mi przyglądała się, próbując rozszyfrować moją gestykulację, gdy w końcu...

- Aaa, masz na myśli, czy ze sobą nie spaliśmy? - potaknąłem, modląc się w nadziei, by zaprzeczyła. - Nie, nic się nie wydarzyło. Możesz odetchnąć.

- Jakkolwiek to zabrzmi, rzeczywiście mi ulżyło. Wiesz, co bym miał, gdyby Weronika się dowiedziała?

- No fakt, widać, że dziewczyna twardo stąpa po ziemi, nie wyplątałbyś się z tego.

- Z pewnością. To że tu teraz jestem to sprawka chłopaków?

- Robert i Nikodem jako jedyni nie pili, pojechali do siebie motorami, gdy powiedziałam im, żeby i ciebie zabrali, tylko się uśmiechnęli, mówiąc, że należy ci się nauczka i odjechali. Ja zdjęłam ci buty i koszulę, w nocy było duszno. Spałam w salonie, jakby co.

- Wielkie dzięki. Jestem wdzięczny, że mnie przenocowałaś. Chyba najwyższa pora, by wrócić do domu, zanim rodzice się jeszcze nie skapnęli. - rodzice i tak nie mają w tej kwestii nic do powiedzenia, ale musiałem wymyślić jakiś powód. - Co złego, to nie ja.

- Spoko. Chcesz jakieś śniadanie? W kuchni są kanapki...

- I tak już dużo dla mnie zrobiłaś. Jeszcze raz dziękuję, do zobaczenia. - minąłem się z nią w drzwiach. - No i oczywiście wszystkiego najlepszego, świeżo upieczona osiemnastko.

- Merci. - powiedziała z wyraźnym francuskim akcentem. Nie ma się czemu dziwić, przecież to nie tajemnica, że w każde wakacje jedzie do wujka do Francji. - Polecam się na przyszłość.

- Nie zapomnę. - szybko zbiegłem po schodach, wykręcając po drodze numer do prywatnego szofera. Wzywałem go zawsze w podbramkowych sytuacjach, a taka jak ta z pewnością do nich należała.



Budząc się następnego ranka po całym dniu wylegiwania się zdecydowanie byłem w lepszym stanie. Lato w pełni, na niebie ani jednej chmurki. Nadszedł upragniony dzień wyjazdu nad Wisłę. Nie pakowałem się wcześniej, skompletowanie garderoby na tydzień nie było tak czasochłonne. Do walizki wrzuciłem kilka ciuchów na zmianę, środki czystości (o ile było można gdziekolwiek z nich korzystać), do plecaka zapakowałem karimatę, koc i poduszkę, namioty i cała reszta tkwiły już w samochodzie, którym siostra Szybkiego miała nas podwieźć na miejsce. W osiedlowym sklepiku kupiłem żarcie na drogę dla mnie i Werki. Tak przygotowany, czekałem na vana, do którego mieliśmy się wszyscy pomieścić, wszyscy czyli ja i weronika, Robert, Nikodem i... No właśnie. Wciąż miałem nadzieję, że ona z nami nie pojedzie, że wymyśli na poczekaniu jakąś bajeczkę. Zagryzając orzeszki, zauważyłem na podjeździe do domu moją dziewczynę. Widząc jej bagaże, czyli dużą walizkę, sportową torbę, mniejszą kosmetyczkę i plecak wybuchnąłem śmiechem. Dziewczyna przystanęła.

- I z czego się rżysz, ośle? - rzuciła niechętnie, mierząc mnie wściekłym wzrokiem.

- Masz tu połowę domu? Więcej wziąć nie mogłaś?

Sapnęła. Wyniośle uniosła głowę.

- Nie wiem jak ty, ale nie mam zamiaru latać przez siedem dni w jednym i tym samym ubraniu. Poza tym, nigdy nie wiadomo co może się przydać w terenie. - stwierdziła filozoficznie.

Naprawdę nie chciałem się z nią poprztykać już na początku wyprawy. Wzruszyłem ramionami.

- Być może. Która jest godzina? - wyciągnęła z kieszeni komórkę, zerknęła na wyświetlacz.

- Piętnaście po dziewiątej. Spóźniają się.

- Wszyscy muszą się najpierw zapakować, my jesteśmy jako ostatni. Każdy z nich musi nałożyć tonę żelu na włosy, zrozum ich.

- No tak, zapomniałabym. - nagle usłyszeliśmy dźwięk klaksonu. Przed bramą stanął samochód.

- Kochani, zbierajcie się, czeka na nas wyprawa życia! - przez tylne okno wychylił się łeb rozentuzjazmowanego Roberta. On jeszcze nie wie, że chcę się na nim zemścić za przedwczorajszy wieczór. Podniosłem z ziemi nasze walizki, to znaczy moją i toboły mej wybranki i zaniosłem je do bagażnika. W czarnej torbie zauważyłem kilka butelek wódki. Czyli jak na razie wszystko szło z planem.

- A co ona tu robi? - usłyszałem głos Słowik.

O cholera. Zbyt szybko się ucieszyłem.

(Martika)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz