~ część.14
(Maciek)
- Cześć stary, ja dzwonię w sprawie
tych śpiworów. Załatwisz je, czy ja mam od razu szukać i
namiotów i śpiworów? - zapytałem stojąc w supermarkecie w dziale
'dla domu i ogrodu'.
-Yyy... - chłopak odpowiedział mi
monosylabą, pewnie ktoś teraz u niego był, bo usłyszałem jakiś
głos w tle. - Nie musisz, ja je skombinuję. Dobrze, że dzwonisz,
bo chciałbym cię o coś zapytać.
- Gość Burego był wyraźnie tym
faktem niezadowolony, bo dało się słyszeć przytłumione słowa
'nawet nie próbuj'.
- Nikodem, o co ci biega, kto jest z
tobą? - szmery się nasiliły. Odpowiedział dopiero po kilku
sekundach.
- Dziki, może ze mną jechać
dziewczyna? - zamilknąłem. Niewiele się namyślając, odparłem.
- Jasne, skoro Weronika jedzie... - w
jednej sekundzie sobie coś uświadomiłem. - Nie masz przypadkiem na
myśli Martiki, powiedz, że nie masz. Bury?
- Super, to już ustalone. - stojąc z
otwartą buzią nie mogłem z siebie wyrzucić nawet słowa. Właśnie
zgodziłem się na to, by podczas wyjazdu towarzyszyła nam ta
wariatka. To znaczy dałem się podpuścić. No kurwa. - Sorry, muszę
już kończyć, do zobaczenia. - Jakubik się rozłączył.
- Bury, nie, ona nie może jechać,
Bury! - warknąłem do słuchawki świadomy że kumpel tego nie
słyszy. O nie, nie dopuszczę do tego, by ktokolwiek zepsuł mi ten
wypad. Zwłaszcza obecność płomiennowłosej awanturniczki .
Spoglądnąłem na regały ze śpiworami. Wszystkiego mi się
odechciało, zwłaszcza tych zakupów.
Do cholery, jak długo ta przybłęda
będzie się nam kręcić pod nogami?!
Roberta zastałem na tyłach
opuszczonego magazynu. Siedział na schodach prowadzących do tylnego
wyjścia. Spokojnie zaciągał się papierosem, robił kółka z
dymu. Chciałbym być taki jak on. Zawsze być z boku, mieć takich
rodziców jakich on ma, młodszą siostrzyczkę. Naprawdę, chciałbym
mieć młodsze rodzeństwo. Chłopczyka nauczyłbym jazdy na
motocyklu, dziewczynkę ochraniałbym przed natrętnymi adoratorami.
Jakoś nie wierzę w te bajeczki Nikodema czy Roberta że przy
dzieciach nie mają życia. Siostra Roberta Nikola jak na swoje pięć
lat jest bardzo bystra i pojętna, z kolei młodsze rodzeństwo
Burego, również pięcioletni Jacek i jedenastoletni Kuba są
naprawdę zgraną paczką. Za to Justyna, o cztery lata starsza
siostra Szybkiego czasem pomaga mi z polaka, studiuje polonistykę,
więc czasem uda mi się użebrać u niej jedno czy dwa wypracowania.
Tylko ja jestem jedynakiem. Kiedyś tak nie było. Kiedyś było
lepiej.
- Siema. - stanąłem tuż przed nim,
opierając się o balustradę.
- O Dziki, weź nie zasłaniaj mi
słońca, tak przyjemnie grzeje. - zdjął okulary przeciwsłoneczne
i włożył je za kołnierz podkoszulki.
- Przy 34 stopniach w cieniu? Mogę ci
jeszcze przynieść koc, skoro ci zimno. - brunet uśmiechnął się.
- Dobra, to czemu chciałeś się ze
mną widzieć? - podał mi fajkę, zaciągnąłem się mocno.
- Organizujemy wypad nad Wisłę. Na
kilka dni. Bez sensu gnić w domu w taką pogodę.
- Aha, czyli lepiej gnić na tym upale
na rozgrzanej plaży? Masz rację. I tak bym z wami pojechał.
Rodzice już zapowiedzieli mi grafik rodzinnych schadzek. Wolę już
się z wami prażyć niż opowiadać każdemu z osobna, dlaczego nie
mam w tym wieku nawet dziewczyny.
- Robercik, a może ty preferujesz
chłopczyków? - przysiadłem obok niego.
- Myślisz, że ta brunetka ze stadionu
była transwestytą? - jego naprawdę nie da się sprowokować.
Chociaż widziałem kiedyś co stało się z kolesiem który zbyt
nadgorliwie przypieprzał się do Justyny. W końcu nie bez powodu
może się pochwalić czarnym pasem w karate.
- Co u Martiki? Przeżyła kaca
stulecia po tamtej imprezie?
- Nie wymawiaj jej imienia przy mnie.
Zachowała się jak totalna idiotka. I za taką ją teraz uważam.
- Spójrz na to z jej perspektywy.
Przecież z byle powodu nie rozpętałaby takiej jatki. Skąd wiesz,
która zaczęła?
- Nie trudno się domyśleć. Ona jest
nieprzewidywalna. Narobiła nam tylko wstydu. Zwłaszcza Nikodemowi.
Jak on ma jeszcze siłę za nią chodzić?
- Łatwo przychodzi ci szufladkowanie
ludzi. Ja jestem po jej stronie. Byłem wtedy za sceną, ta laska z
która się pobiła pierwsza zaczęła się do niej przystawiać.
Słyszałeś kiedyś o obronie koniecznej?
- Ale do cholery, co ona takiego mogła
Martice powiedzieć, by ta zaczęła ją okładać pięściami?
- Widocznie blondynka powiedziała
jedno słowo za dużo. Każdy ma swoją cierpliwość.
- Bądź co bądź, powinna się
opanować. - brunet rzucił mi pełne zdziwienia spojrzenie.
- I ty to mówisz? Ty? Mam ci
przypomnieć ostatnie wakacje i osobę niejakiego Patryka
Makowieckiego?
- Nie wymawiaj przy mnie jego nazwiska.
- syknąłem. - Sam się prosił o mordobicie, to inna sprawa.
Robert zaśmiał się i wyciągnął
kolejnego papierosa.
- Mylisz się. Tak samo jak tamta
blondyna sprowokowała Martikę, tak on lekko mówiąc przegiął
strunę. Nie zawsze można zignorować czyjeś zaczepki. Co jak co,
ale ty powinieneś o tym najlepiej wiedzieć. - nie podobał mi się
ton, jakim prawił mi to kazanie. Co gorsza, musiałem przyznać mu
rację.
- Tylko... gdy Nikodem ją odprowadzał,
spojrzała na mnie z taką wyższością. Jakby była dumna z tego że
pobiła tamtą. - Winnicki wstał, otrzepując spodnie z kurzu.
- Ja też byłbym dumny, w końcu dała
tamtej lasce niezły wycisk. Nie wiedziałem, że potrafi się tak
bić.
- Wiesz, zapytam jej czy nie
zechciałaby dawać ci jakiś prywatnych lekcji, w końcu karate to
zabawa dla małych dziewczynek. - zrobił urażoną minę.
- Masz rację. Powiem trenerowi, że z
tym kończę. Dzięki, że mnie natchnąłeś, Dziki.
- Do usług. - zjechałem po barierce
na dół. - Ruszaj się, zapomniałeś? Magda ma dziś urodziny, a
wiesz co to oznacza?
- No pewnie, że wiem. Nie mamy
prezentu, więc trzeba będzie jej go oddać w naturze.
Próbując się nie roześmiać,
dodałem:
- Ale że my dwaj od razu? Się
dziewczyna nieźle natrudzi.
Rozchyliłem z trudem powieki, gdyż
promienie słoneczne napierdalające z niebywałą częstotliwością
w me gały postawiły sobie za cel utrudnienie mi życia. Na ile
mogłem uniosłem głowę by móc określić swoją lokalizację. Kto
to już przebył wie, jak trudne jest przywrócenie się do porządku
po przyjęciu urodzinowym nakrapianym sporą ilością alkoholu.
Zwłaszcza jeśli nie budzisz się w swoim pokoju, w swoim łóżku.
Łóżku? Cholera, skąd ja się tu...? Wytężyłem szare komórki
by przypomnieć sobie wydarzenia poprzedniego wieczoru. Był toast za
Magdę, która skończyła jako pierwsza z naszej klasy osiemnastkę,
potem pasy o północy, potem znowu toast, chyba za jej zdrowie,
potem...ah... To wszystko przez tą zdradziecką szklaneczkę, którą
podsunął mi Szybki. Że niby alko sprowadzane z Węgier... Już
kapuje. Niech ja go tylko dopadnę. Nie usiądzie na dupie przez
tydzień.
Nie wierząc w to że w jeden dzień
dwóch moich najlepszych kumpli podłożyło mi świnię dźwignąłem
się z łóżka. Zresztą bardzo przestronnego łóżka, do tego
przyjemnie pachnącego świeżością. Na szczęście miałem na
sobie ciuchy. Rozejrzałem się po sypialni. Całkiem przestronna, ze
ścianami w kolorze pastelowego różu, z białą toaletką naprzeciw
łóżka, kryształowym żyrandolem, mięciutkim kremowym dywanem. A,
i jeszcze baldachim, w który udało mi się zaplątać. Walcząc z
nudnościami i kawałkiem materiału zaplątanego w moje nogi w końcu
runąłem na podłogę z głośnym stęknięciem. Czułem się niczym
przejechana przez walec i przyklejona do podeszwy buta guma do żucia.
To jeszcze nic. Tuż pod materacem, w małym kojcu leżał mały
jork. Na mój widok zaczął warczeć i szczekać. Nie dość, że w
głowie miałem tykającą bombę, mięśnie bolały mnie jakbym
zrobił co najmniej pięć serii na siłce, to jeszcze ta mała,
pozornie wyglądająca milusio bestia ujadała mi nad uchem. W
obawie, że ktoś mógłby mnie zastać w tak podłym położeniu
szybko się podniosłem, wykopując jak najdalej nieszczęsny skrawek
baldachimu, trącając przy tym nogę fotela, stojącego tuż pod
ścianą. Mebel zachybotał się, po czym upadł na ziemię z takim
hukiem, że mógłby obudzić nawet zmarłego. Klnąc siarczyście
pod nosem zerknąłem w stronę uchylonego okna. Szybko oceniłem
wysokość na jakim się ono znajduje. Pierwsze piętro. Musiałem
się szybko ewakuować, zaraz do pokoju mogłaby wparować Magda lub
ktoś z jej rodziny. Jednak nie zdążyłem przełożyć nawet nogi
za framugę okna gdy drzwi gwałtownie się otworzyły.
Wspominałem już, że mam kurewskie
szczęście?
- Rany, Maciek... - dziewczyna
przyłożyła dłoń do serca z wyraźną ulgą. - Co się tak
tłukło?
Wciąż rozważając opcję ucieczki po
rynnie niechętnie się odwróciłem. Jubilatka wpatrywała się we
mnie rozbawiona.
- Przewróciłem fotel i chyba zerwałem
ci baldachim nad łóżkiem. - zacząłem przepraszającym tonem. -
Za wszystko oddam ci kasę, słowo.
Właścicielka sypialni machnęła
ręką.
- Daj spokój, nic się nie stało.
Powiedz lepiej, czy dajesz jeszcze radę po wczorajszym?
- Nie jest najgorzej. Poza tym masz
naprawdę kochanego pieska. Wścieklizna to w jego przypadku mało
powiedziane. - przejechałem dłonią po włosach, słysząc chichot
dziewczyny. Wystarczająco się już poniżyłem. Wtedy najchętniej
bym się teleportował do siebie, by zakopać się w kołdrze i nie
wychodzić do następnego dnia. Magda najwidoczniej domyśliła się
moich pragnień, bo podała mi szklankę z przezroczystą cieczą.
- Tak normalnie to nie jest taki
groźny, tylko na ciebie tak zareagował. Wypij to, pozwoli ci
normalnie funkcjonować przez dwanaście godzin. Przynajmniej tak
rekomenduje producent. - z wdzięcznością przyjąłem szklankę i
łyknąłem magiczny eliksir. Doprawdy ozłociłbym faceta, który
wymyślił lek na kaca. Bo tylko facet mógłby wpaść na tak
genialny pomysł, kobieta najchętniej wprowadziłaby na rynek coś,
co tylko spotęgowałoby odczuwalne katusze. Chociaż w sumie dobrze,
że istnieje coś takiego jak 'choroba dnia następnego', inaczej
wszyscy zapiliby się na śmierć. Zdziwiony myślą, iż wciąż
potrafię używać mózgownicy, odstawiłem naczynie na biurko i
zabrałem z oparcia krzesła moją koszulę. Mogłem przysiąc, że w
chwili imprezy miałem ją na sobie. Co więc robiła na krześle, a
ja pozostałem tylko w bokserce? Jęknąłem, wyobrażając sobie co
mogło być tego powodem.
- Dzięki, Madzia, tylko... - tu
nieznacznie przerwałem. - Czy my...no wiesz...
Świetnie. Nie ma to jak pytać się
laski, czy po pijaku się z nią nie spało.
Dziewczyna chwilę mi przyglądała
się, próbując rozszyfrować moją gestykulację, gdy w końcu...
- Aaa, masz na myśli, czy ze sobą nie
spaliśmy? - potaknąłem, modląc się w nadziei, by zaprzeczyła. -
Nie, nic się nie wydarzyło. Możesz odetchnąć.
- Jakkolwiek to zabrzmi, rzeczywiście
mi ulżyło. Wiesz, co bym miał, gdyby Weronika się dowiedziała?
- No fakt, widać, że dziewczyna
twardo stąpa po ziemi, nie wyplątałbyś się z tego.
- Z pewnością. To że tu teraz jestem
to sprawka chłopaków?
- Robert i Nikodem jako jedyni nie
pili, pojechali do siebie motorami, gdy powiedziałam im, żeby i
ciebie zabrali, tylko się uśmiechnęli, mówiąc, że należy ci
się nauczka i odjechali. Ja zdjęłam ci buty i koszulę, w nocy
było duszno. Spałam w salonie, jakby co.
- Wielkie dzięki. Jestem wdzięczny,
że mnie przenocowałaś. Chyba najwyższa pora, by wrócić do domu,
zanim rodzice się jeszcze nie skapnęli. - rodzice i tak nie mają w
tej kwestii nic do powiedzenia, ale musiałem wymyślić jakiś
powód. - Co złego, to nie ja.
- Spoko. Chcesz jakieś śniadanie? W
kuchni są kanapki...
- I tak już dużo dla mnie zrobiłaś.
Jeszcze raz dziękuję, do zobaczenia. - minąłem się z nią w
drzwiach. - No i oczywiście wszystkiego najlepszego, świeżo
upieczona osiemnastko.
- Merci. - powiedziała z wyraźnym
francuskim akcentem. Nie ma się czemu dziwić, przecież to nie
tajemnica, że w każde wakacje jedzie do wujka do Francji. - Polecam
się na przyszłość.
- Nie zapomnę. - szybko zbiegłem po
schodach, wykręcając po drodze numer do prywatnego szofera.
Wzywałem go zawsze w podbramkowych sytuacjach, a taka jak ta z
pewnością do nich należała.
Budząc się następnego ranka po całym
dniu wylegiwania się zdecydowanie byłem w lepszym stanie. Lato w
pełni, na niebie ani jednej chmurki. Nadszedł upragniony dzień
wyjazdu nad Wisłę. Nie pakowałem się wcześniej, skompletowanie
garderoby na tydzień nie było tak czasochłonne. Do walizki
wrzuciłem kilka ciuchów na zmianę, środki czystości (o ile było
można gdziekolwiek z nich korzystać), do plecaka zapakowałem
karimatę, koc i poduszkę, namioty i cała reszta tkwiły już w
samochodzie, którym siostra Szybkiego miała nas podwieźć na
miejsce. W osiedlowym sklepiku kupiłem żarcie na drogę dla mnie i
Werki. Tak przygotowany, czekałem na vana, do którego mieliśmy się
wszyscy pomieścić, wszyscy czyli ja i weronika, Robert, Nikodem
i... No właśnie. Wciąż miałem nadzieję, że ona z nami nie
pojedzie, że wymyśli na poczekaniu jakąś bajeczkę. Zagryzając
orzeszki, zauważyłem na podjeździe do domu moją dziewczynę.
Widząc jej bagaże, czyli dużą walizkę, sportową torbę,
mniejszą kosmetyczkę i plecak wybuchnąłem śmiechem. Dziewczyna
przystanęła.
- I z czego się rżysz, ośle? -
rzuciła niechętnie, mierząc mnie wściekłym wzrokiem.
- Masz tu połowę domu? Więcej wziąć
nie mogłaś?
Sapnęła. Wyniośle uniosła głowę.
- Nie wiem jak ty, ale nie mam zamiaru
latać przez siedem dni w jednym i tym samym ubraniu. Poza tym, nigdy
nie wiadomo co może się przydać w terenie. - stwierdziła
filozoficznie.
Naprawdę nie chciałem się z nią
poprztykać już na początku wyprawy. Wzruszyłem ramionami.
- Być może. Która jest godzina? -
wyciągnęła z kieszeni komórkę, zerknęła na wyświetlacz.
- Piętnaście po dziewiątej.
Spóźniają się.
- Wszyscy muszą się najpierw
zapakować, my jesteśmy jako ostatni. Każdy z nich musi nałożyć
tonę żelu na włosy, zrozum ich.
- No tak, zapomniałabym. - nagle
usłyszeliśmy dźwięk klaksonu. Przed bramą stanął samochód.
- Kochani, zbierajcie się, czeka na
nas wyprawa życia! - przez tylne okno wychylił się łeb
rozentuzjazmowanego Roberta. On jeszcze nie wie, że chcę się na
nim zemścić za przedwczorajszy wieczór. Podniosłem z ziemi nasze
walizki, to znaczy moją i toboły mej wybranki i zaniosłem je do
bagażnika. W czarnej torbie zauważyłem kilka butelek wódki. Czyli
jak na razie wszystko szło z planem.
- A co ona tu robi? - usłyszałem głos
Słowik.
O cholera. Zbyt szybko się ucieszyłem.
(Martika)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz