poniedziałek, 24 sierpnia 2015

Drugie życie, part 3



Czas biegł szybko, w szpitalu jak zwykle był młyn. To jakieś ofiary wypadku, tu nowa, niespodziewanie groźna w skutkach epidemia grypy.
Pijąc poranną kawę Max zorientował się, że minął już termin, w którym Emma powinna się stawić na badanie kontrolne. Zapytał w rejestracji, czy dziewczyna dzwoniła już wcześniej, by ustalić godzinę wizyty. Pani Marlena odpowiedziała, że nikt o takim nazwisko nie dzwonił do szpitala.
,,Pewnie zapomniała, za kilka dni na pewno przyjdzie, przecież ktoś musi chociażby ściągnąć jej gips.” wytłumaczył to sobie Whitehouse.
Jednak nawet po czterech dniach nigdzie nie było śladu szatynki. Mężczyzna starał się nie zaprzątać tym głowy. Lecz gdy po upływie dwóch tygodni nikt się nie stawił, fakt ten wzbudził w nim podejrzenia. Poprosił rejestratorkę o numer do dziewczyny. Chociaż kobieta nie powinna tego robić, znowu dała się oczarować zewnętrznej aparycji Maxa. On sam nie zdawał sobie sprawy, jak bardzo się jej podobał, jak zresztą całkiem pokaźnej liczbie damskiej części personelu.
Wykręcił numer, lecz po kilku próbach dodzwonienia się do niej, telefon milczał. ,,Dobra, dam jej jeszcze tydzień, potem chyba będę musiał do niej wpaść.”
Przypuszczenia Maxa co do jej dalszej nieobecności potwierdziły się. Zabrał jej adres i zaraz po skończonej zmianie wyruszył w trasę. Chwilę krążył po krętych uliczkach, aż trafił pod właściwy budynek. Wysiadł z samochodu i uważnie zlustrował okolice.
Był to niezbyt zadbany dom, właściwie rudera, wokół niej mnóstwo zaschniętej zieleni, stara sosna powoli obumierała, drewniany płot pamiętał zapewne wojnę secesyjną, a dzika róża przypominała raczej nędzny badyl niż krzew. Whitehouse był zdziwiony, że w tak bogatym gospodarczo kraju jak Los Angeles w stanie Kalifornia zachowały się jeszcze tak wiekowe budynki. A może po prostu wcześniej ich nie zauważał? Wziął głęboki oddech.
Zapukał w zdezelowane, nadszarpnięte zębem czasu drewniane drzwi. Gdy nikt mu nie otworzył, zapukał jeszcze raz mocniej. Po dłuższej chwili w drzwiach stanęła dziewczyna, którą nieomal by nie poznał, gdyby nie jej duże, niebieskie oczy.
- Przepraszam, pan do kogo? - Emma była kompletnie zaskoczona jego przybyciem, niemile ukłuł go fakt, iż nie rozpoznała go od razu.
- Witaj Emmo, to ja, Max. - gdy zmarszczyła brwi w zadumie, dodał gwoli wyjaśnienia. - Max Whitehouse. Zajmowałem się tobą podczas twojego pobytu w szpitalu.
- Aaa, to pan...to znaczy ty. - przyjrzała mu się podejrzliwie, wciąż chowając się za drzwiami. - Czym zawdzięczam wizytę?
- Nie stawiłaś się od przeszło trzech tygodni na badania. Przyszedłem sprawdzić, czy wszystko z tobą w porządku.
- No tak... - walnęła się dłonią w czoło. - Kompletnie wyleciało mi to z głowy. To skoro już mnie widziałeś bardzo dziękuję ci za troskę, ale mam dużo pracy, do zobaczenia. - chciała zamknąć mu drzwi przed nosem, jednak blondyn nie dał się tak łatwo pozbyć. Zablokował je dłonią.
- Czekaj, nie tak szybko. Mogę wejść?
- Yyy – najwidoczniej nie była z tego faktu zachwycona, miała kwaśną minę. - A czy to konieczne?
- Obawiam się, że tak. - z wrodzoną pewnością siebie przekroczył próg.
Dziewczyna popatrzyła na niego z niechęcią. Zgarbiona poczłapała za nim wzdłuż mikroskopijnego korytarzyka, wskazując mu kierunek do kuchni. Wnętrze również nie było zachwycające, mężczyzna miał wrażenie, że podłoga po której stąpa zaraz usunie się mu spod nóg.
- Przepraszam, ale czy mógłbyś już wyjść, bo mam naprawdę dużo pracy. - szybko zagarnęła ze stołu brudne kubki.
- Jeszcze cię nie obejrzałem, muszę wypełnić kartę pacjenta. Inaczej mój przyjazd nie miałby sensu.
- Ale... - nie dokończyła bo ktoś za ścianą wołał jej imię.
- Emma kochanie, kto to był? - głosy dochodzące z innego pokoju należały do jakiejś starszej kobiety.
- Kto to? - spytał Max.
- Moja mama. Jak widzisz, naprawdę nie mam czasu. - chciała jak najszybciej pozbyć się niespodziewanego gościa, lecz nie doceniała uporu Maxa.
- Czy mogę ją poznać? - zapytał ponownie, wbijając w nią nieznoszący sprzeciwu wzrok.
- Emma! - wołanie wezbrało na sile. Dziewczyna westchnęła.
- Skoro już musisz... - ruchem ręki nakazała mu wejść do niewielkiego saloniku. Pod oknem zauważył kobietę siedzącą na wózku inwalidzkim. Miała około siedemdziesiąt lat, na jej nogach leżał koc. Pierwsze co dostrzegł to uderzające podobieństwo obu kobiet. Z tą różnicą, że włosy starszej z nich poutykane były w sporej części siwymi nitkami. Zawiesiła wzrok na obcym mężczyźnie.
- O, a kim pan jest? - zlustrowała go uważnie. Odchrząknął.
- To jest pan doktor... - zaczęła Emma, klękając przy matce.
- ...doktor Maximilian Whitehouse. Dzień dobry. - kobieta odruchowo poprawiła włosy.
- Doktor? Jak to dobrze, właśnie miałam już się udać do przychodni...
- Mamo... - zganiła mamę Emma, poprawiając sweter na plecach starszej pani. Oparła się o parapet, wyglądając przez okno.
- ...bo bardzo doskwierają mi bóle pleców. Wiem, że to już nie ten wiek, ale spać w nocy nie można, ani nic...
- Mamo! - zakłopotana, próbowała zwrócić uwagę matce. Rodzicielka podniosła na nią złowrogie spojrzenie.
- No co? Skoro już pan doktor przyszedł...a właśnie. Kto po pana dzwonił? Bo nie pamiętam czy to córka, czy może... - próbowała zebrać myśli, jednak przechodziło jej to z trudem.
- Mamo, pan doktor sam przyszedł – zerknęła na Maxa. - bo chciał mnie odwiedzić.
- To wy się znacie? Ach, to wspaniale! - klasnęła w dłonie. Mężczyzna pomyślał, że mimo wszystko to rozkosznie miła starsza osóbka.- Tak czy owak wpadł pan w samą porę, bo naprawdę potrzebuję pomocy.
- Ale... - młodsza znowu się wtrąciła, ale tym razem to Max jej przerwał, próbując opanować sytuację.
- Chwileczkę. W którym miejscu dokładnie panią boli ten kręgosłup? - pozwolił sobie położyć torbę lekarską na stojący nieopodal niski stoliczek i kucnął przy wózku.
- Najbardziej lędźwie, w krzyżach też zresztą nieźle mi łupie. I od jakiegoś czasu coraz częściej boli mnie serce. Czasami to wali niczym młot.
- A miała pani stwierdzoną arytmię? - spytał po kilku sekundach rozważania.
- Tak.
- Zażywa pani leki? - zapytał, w międzyczasie zakładając biały fartuch.
- Oczywiście, ale prawie wcale mi nie pomagają. - wstał, by wyciągnąć z torby stetoskop.
- Osłucham panią. - sprawnie przeprowadził badanie.
- No tak, arytmia ciągle się nasila. To nie najlepiej. - stwierdził.
- Czyli co? Będę umierać? - przeraziła się, a Emma gwałtownie się zerwała. Max uśmiechnął się uspokajająco.
- Nie musi się pani obawiać, jednak kluczowym faktem będzie stała opieka lekarska.
- Ale jak to?
- Najlepiej, gdyby została pani na kilka tygodni w szpitalu. Miałaby tam pani zapewnioną fachową opiekę i migotanie komór trochę by ustało.
- Ale czy to naprawdę niezbędne? - dopytywała się starsza pani.
- Raczej tak, nie wolno bagatelizować żadnych zmian. Wykwalifikowany personel zajmie się tam panią.
- Ale... my nie mamy pieniędzy, nie stać nas na coś takiego. - wyznała smutna.
- Nie ma problemu, wypiszę skierowanie, wtedy wszystko będzie całkowicie bezpłatne. To jak? - uśmiechnął się do niej ciepło, przeniosła niepewny wzrok na córkę.
- Zaraz, zaraz, chcesz zostawić moją mamę samą w szpitalu? - krzyknęła oburzona Emma. - Nie ma mowy. - skrzyżowała ręce na piersi.
- Tam jej pomogą, tutaj trudno będzie odpowiednio zaopiekować się twoją mamą.
- Tutaj mamie nic się nie dzieje, dajemy sobie radę we dwie. - stwierdziła dobitnie.
- Zrozum, że kiedy lekarze się nią nie zajmą, może się jej bardziej pogorszyć. To niebezpieczne. - z anielską wprost cierpliwością tłumaczył rozzłoszczonej dziewczynie.
- Nie zgadzam się. - powoli i dokładnie wymawiała każdy wyraz. - mężczyzna podszedł do niej, kładąc jej dłoń na ramieniu.
- Emma, to dla jej dobra, chcesz narażać swoją matkę? - szybko strząsnęła jego rękę.
- Nie, ale ja nie widzę potrzeby. Koniec, kropka. - z uporem trwała przy swoim. Mierzyli się gniewnie wzrokiem, gdy do rozmowy włączyła się sama zainteresowana.
- Córuś, pan doktor ma rację, lepiej będzie jak tam zostanę. Naprawdę. - Max nie umiał powstrzymać triumfalnego uśmieszku. Emma parsknęła gniewnie i usiadła na fotelu, zakładając nogę na nogę. Whitehouse dostrzegł, że wciąż ma problemy z lewą kończyną, na którą wciąż utykała.
- Ale mamo! Chcesz zostać tam sama? Z obcymi ludźmi a nie ze mną?!
- Nie będę tam sama, zawsze możesz mnie odwiedzać, skarbie. - dodała starsza pani i pogrążyła się we własnych myślach.
- Nie, nie pozwolę na to. Mamo? - próbowała uzyskać jeszcze wsparcie matki, jednak na próżno.
- Czyli postanowione. - Max zignorował wrogie spojrzenia posyłane mu przez szatynkę. - Jeszcze dziś tam panią zabiorę. Zobaczy pani, z pewnością poprawi się pani stan zdrowia. Emmo, proszę pomóż się mamie spakować. - dziewczyna gwałtownie zerwała się z fotela, kucając przy wózku.
- Naprawdę tego chcesz, mamo? Zostawić mnie? Boję się oddawać cię w ręce obcych ludzi. Oni nie wiedzą, co tak naprawdę... - starsza kobieta pogłaskała córkę po policzku.
- Kochanie, tobie również należy się odpoczynek, nie możesz całe życie zajmować się starą, schorowaną matką.
- Zrozum, że... - matka ruchem ręki nakazała jej milczenie.
- Powiedziałam. Nie będę dyskutować. - Emma dawno nie słyszała w głosie matki takiego uporu.
Westchnęła głośno i chcąc nie chcąc poszła spakować rzeczy matki.
Tymczasem Max przygotował samochód. Wrócił z powrotem do domu. Mama Emmy miała już narzucony na siebie cieplejszy sweter, w ręce trzymała podręczną torebkę. Nakazała ruchem ręki, by mężczyzna do niej podszedł i pochylił się. Kobieta zerknęła jeszcze w stronę zamkniętych drzwi, za którymi jej córka przygotowywała bagaż.
- Chłopcze, widać po tobie, że jesteś dobrym człowiekiem. Mam do ciebie prośbę. – wyszeptała. - Zaopiekuj się Emmą, boje się, że mogłoby się jej coś stać. Jest moją jedyną córeczką, moim największym skarbem. Poza tym czuję, że coś przede mną ukrywa od jakiegoś czasu. Gdy przez te trzy tygodnie nie było jej w domu... ona kłamie, mówiąc, że umówiła się z przyjaciółmi na wypad nad morze. Proszę cię, zajmij się nią. Spełnij zachciankę staruszki. - zamknęła jego dłoń w swoich. Max uśmiechnął się do niej ciepło.
- Oczywiście. Zajmę się nią. - nagle wpadł mu do głowy pewien pomysł. - Mogę już panią przenieść do samochodu?
- Tak, tak, zawołaj proszę Emmę, niech nie pakuje do walizki całej szafy.
Jak na zawołanie w drzwiach stanęła dziewczyna z walizką w ręku. Miała nietęgą minę.
- To chyba wszystko. Ale wiedzcie, że naprawdę nie podoba mi się ten pomysł. Max, na ile zabierasz mamę do szpitala? - zwróciła się do niego.
- Przynajmniej na miesiąc. Chociaż może się to przedłużyć. - Emma wytrzeszczyła oczy.
- Na ile?! Myślałam, że na tydzień, góra dwa. Nadal chcesz tam jechać? - tym razem zapytała matki.
- Nie mam wyboru. Sama słyszałaś pana doktora. No już, ile będziemy tu jeszcze stać i gadać.
Max przeniósł panią Ferguson na rękach do samochodu, złożył wózek inwalidzki i wraz z walizką włożył do bagażnika. Kilkadziesiąt minut później byli już pod szpitalem. Pojechali windą na drugie piętro.
Zatrzymał się przed właściwą salą.
- Tutaj panią pozostawię pielęgniarkom. I niech się pani nie obawia, to szpital z jednym z najlepszych personelów medycznych w Los Angeles.
- Tak, rozumiem. Czy nasza wcześniejsza umowa jest wciąż aktualna?
- Jak najbardziej. - mrugnął do niej konspiracyjnie.
- Pamiętaj, ufam ci. Nie zawiedź mnie. - skinął głową. - Leć już, leć.
- Do widzenia, pani Ferguson. Wkrótce do pani zawitam.
- Do widzenia. - Max zobaczył, jak dwie młode pielęgniarki podchodzą do kobiety.
,,Mamę pozostawiłem już w dobrych rękach. Teraz pora zająć się córką.” pomyślał Max, zbiegając po dwa schody w dół. Nie miał cierpliwości, by czekać na windę.
Gdy powoli zaczęło zmierzchać, ktoś znowu zapukał do drzwi jej domu. Emma nie była zachwycona myślą, że potencjalny gość będzie zmuszony ją oglądać w różowym, puszystym szlafroku w żyrafy i takiegoż koloru kapcioszkach. Nie wspominając o tym kołtunie, który miała teraz na głowie.
Osłupiała, widząc ponownie blondyna.
- Max? - zapytała zdziwiona, zakrywając się szczelnie nieszczęsnym szlafrokiem. - Co ty tu jeszcze robisz? - nie bawiła się w żadne uprzejmości.
- Zabieram cię do siebie. Na czas, gdy twoja mama będzie się kurować w szpitalu.
Zaśmiała się nerwowo.
- Bardzo śmieszne, gdzie ukryte kamery? - zironizowała. Max jednak był niezwykle poważny.
- Weź swoje rzeczy na zmianę. Ja niestety nie mam u siebie takich uroczych wdzianek. - uniósł kąciki ust, prześlizgując wzrokiem po jej sylwetce.
Cała sytuacja przestała ją bawić.
- Nie. - powiedziała twardo. - Możesz już skończyć to przedstawienie pod tytułem: ,,jestem księciem na białym koniu, uratuje wszystkie niewiasty w potrzebie.” Dobranoc. - nie pozwolił sobie ponownie zamknąć drzwi przed nosem. Bez pytania wkroczył do przedpokoju. Przez chwilę uważnie się jej przyglądał, myśląc nad czymś intensywnie.
- Wiesz, że potrafię być uparty? - powiedział tylko. Hardo uniosła głowę, wpatrując mu się prosto w oczy.
- Wiesz, że ja nie dam się traktować jak pięcioletnia dziewczynka? - odparła tym samym tonem.
W jednej sekundzie dopadł do niej i pochwyciwszy ją w pasie, przerzucił sobie bezceremonialnie przez ramię. Dziewczyna wrzasnęła.
- Max, czyś ty kompletnie zwariował?! Puść mnie natychmiast! - zaczęła się szarpać i wyrywać. Mężczyźnie to nie sprawiało problemu, była mniejsza od niego niemalże o połowę. Nie zwracając uwagi na jej krzyki i małe piąstki, którymi okładała go po plecach zaniósł ją do samochodu.
- Puuuść mnie, już! - nie zdziwiłby się, gdyby jej wrzaski nie usłyszeli sąsiedzi. Otwarł drzwiczki od strony pasażera.
- Uważaj na głowę. - mruknął, sadzając ją na skórzanym fotelu. Sprawnie zapiął jej pasy. Szybko okrążył maskę i zajął miejsce przy kierownicy. Zablokował zamki, tak, by nie mogła mu uciec. Próbowała się jeszcze wydostać, niestety na marne. Warknęła z bezsilności.
Rozbawiony poczynaniami Emmy, zapytał:
- Już skończyłaś? - próbowała uspokoić oddech, odgarnęła niesforne kosmyki z oczu.
Chyba nigdy nie miała takiej ochoty, by komuś przełożyć.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz