Czas biegł szybko, w szpitalu jak zwykle był młyn. To jakieś ofiary wypadku, tu nowa, niespodziewanie groźna w skutkach epidemia grypy.
Pijąc poranną kawę Max zorientował
się, że minął już termin, w którym Emma powinna się stawić na
badanie kontrolne. Zapytał w rejestracji, czy dziewczyna dzwoniła
już wcześniej, by ustalić godzinę wizyty. Pani Marlena
odpowiedziała, że nikt o takim nazwisko nie dzwonił do szpitala.
,,Pewnie zapomniała, za kilka dni na
pewno przyjdzie, przecież ktoś musi chociażby ściągnąć jej
gips.” wytłumaczył to sobie Whitehouse.
Jednak nawet po czterech dniach nigdzie
nie było śladu szatynki. Mężczyzna starał się nie zaprzątać
tym głowy. Lecz gdy po upływie dwóch tygodni nikt się nie stawił,
fakt ten wzbudził w nim podejrzenia. Poprosił rejestratorkę o
numer do dziewczyny. Chociaż kobieta nie powinna tego robić, znowu
dała się oczarować zewnętrznej aparycji Maxa. On sam nie zdawał
sobie sprawy, jak bardzo się jej podobał, jak zresztą całkiem
pokaźnej liczbie damskiej części personelu.
Wykręcił numer, lecz po kilku próbach
dodzwonienia się do niej, telefon milczał. ,,Dobra, dam jej jeszcze
tydzień, potem chyba będę musiał do niej wpaść.”
Przypuszczenia Maxa co do jej dalszej
nieobecności potwierdziły się. Zabrał jej adres i zaraz po
skończonej zmianie wyruszył w trasę. Chwilę krążył po krętych
uliczkach, aż trafił pod właściwy budynek. Wysiadł z samochodu i
uważnie zlustrował okolice.
Był to niezbyt zadbany dom, właściwie
rudera, wokół niej mnóstwo zaschniętej zieleni, stara sosna
powoli obumierała, drewniany płot pamiętał zapewne wojnę
secesyjną, a dzika róża przypominała raczej nędzny badyl niż
krzew. Whitehouse był zdziwiony, że w tak bogatym gospodarczo kraju
jak Los Angeles w stanie Kalifornia zachowały się jeszcze tak
wiekowe budynki. A może po prostu wcześniej ich nie zauważał?
Wziął głęboki oddech.
Zapukał w zdezelowane, nadszarpnięte
zębem czasu drewniane drzwi. Gdy nikt mu nie otworzył, zapukał
jeszcze raz mocniej. Po dłuższej chwili w drzwiach stanęła
dziewczyna, którą nieomal by nie poznał, gdyby nie jej duże,
niebieskie oczy.
- Przepraszam, pan do kogo? - Emma była
kompletnie zaskoczona jego przybyciem, niemile ukłuł go fakt, iż
nie rozpoznała go od razu.
- Witaj Emmo, to ja, Max. - gdy
zmarszczyła brwi w zadumie, dodał gwoli wyjaśnienia. - Max
Whitehouse. Zajmowałem się tobą podczas twojego pobytu w szpitalu.
- Aaa, to pan...to znaczy ty. -
przyjrzała mu się podejrzliwie, wciąż chowając się za drzwiami.
- Czym zawdzięczam wizytę?
- Nie stawiłaś się od przeszło
trzech tygodni na badania. Przyszedłem sprawdzić, czy wszystko z
tobą w porządku.
- No tak... - walnęła się dłonią w
czoło. - Kompletnie wyleciało mi to z głowy. To skoro już mnie
widziałeś bardzo dziękuję ci za troskę, ale mam dużo pracy, do
zobaczenia. - chciała zamknąć mu drzwi przed nosem, jednak blondyn
nie dał się tak łatwo pozbyć. Zablokował je dłonią.
- Czekaj, nie tak szybko. Mogę wejść?
- Yyy – najwidoczniej nie była z
tego faktu zachwycona, miała kwaśną minę. - A czy to konieczne?
- Obawiam się, że tak. - z wrodzoną
pewnością siebie przekroczył próg.
Dziewczyna popatrzyła na niego z
niechęcią. Zgarbiona poczłapała za nim wzdłuż mikroskopijnego
korytarzyka, wskazując mu kierunek do kuchni. Wnętrze również nie
było zachwycające, mężczyzna miał wrażenie, że podłoga po
której stąpa zaraz usunie się mu spod nóg.
- Przepraszam, ale czy mógłbyś już
wyjść, bo mam naprawdę dużo pracy. - szybko zagarnęła ze stołu
brudne kubki.
- Jeszcze cię nie obejrzałem, muszę
wypełnić kartę pacjenta. Inaczej mój przyjazd nie miałby sensu.
- Ale... - nie dokończyła bo ktoś za
ścianą wołał jej imię.
- Emma kochanie, kto to był? - głosy
dochodzące z innego pokoju należały do jakiejś starszej kobiety.
- Kto to? - spytał Max.
- Moja mama. Jak widzisz, naprawdę nie
mam czasu. - chciała jak najszybciej pozbyć się niespodziewanego
gościa, lecz nie doceniała uporu Maxa.
- Czy mogę ją poznać? - zapytał
ponownie, wbijając w nią nieznoszący sprzeciwu wzrok.
- Emma! - wołanie wezbrało na sile.
Dziewczyna westchnęła.
- Skoro już musisz... - ruchem ręki
nakazała mu wejść do niewielkiego saloniku. Pod oknem zauważył
kobietę siedzącą na wózku inwalidzkim. Miała około
siedemdziesiąt lat, na jej nogach leżał koc. Pierwsze co dostrzegł
to uderzające podobieństwo obu kobiet. Z tą różnicą, że włosy
starszej z nich poutykane były w sporej części siwymi nitkami.
Zawiesiła wzrok na obcym mężczyźnie.
- O, a kim pan jest? - zlustrowała go
uważnie. Odchrząknął.
- To jest pan doktor... - zaczęła
Emma, klękając przy matce.
- ...doktor Maximilian Whitehouse.
Dzień dobry. - kobieta odruchowo poprawiła włosy.
- Doktor? Jak to dobrze, właśnie
miałam już się udać do przychodni...
- Mamo... - zganiła mamę Emma,
poprawiając sweter na plecach starszej pani. Oparła się o parapet,
wyglądając przez okno.
- ...bo bardzo doskwierają mi bóle
pleców. Wiem, że to już nie ten wiek, ale spać w nocy nie można,
ani nic...
- Mamo! - zakłopotana, próbowała
zwrócić uwagę matce. Rodzicielka podniosła na nią złowrogie
spojrzenie.
- No co? Skoro już pan doktor
przyszedł...a właśnie. Kto po pana dzwonił? Bo nie pamiętam czy
to córka, czy może... - próbowała zebrać myśli, jednak
przechodziło jej to z trudem.
- Mamo, pan doktor sam przyszedł –
zerknęła na Maxa. - bo chciał mnie odwiedzić.
- To wy się znacie? Ach, to wspaniale!
- klasnęła w dłonie. Mężczyzna pomyślał, że mimo wszystko to
rozkosznie miła starsza osóbka.- Tak czy owak wpadł pan w samą
porę, bo naprawdę potrzebuję pomocy.
- Ale... - młodsza znowu się
wtrąciła, ale tym razem to Max jej przerwał, próbując opanować
sytuację.
- Chwileczkę. W którym miejscu
dokładnie panią boli ten kręgosłup? - pozwolił sobie położyć
torbę lekarską na stojący nieopodal niski stoliczek i kucnął
przy wózku.
- Najbardziej lędźwie, w krzyżach
też zresztą nieźle mi łupie. I od jakiegoś czasu coraz częściej
boli mnie serce. Czasami to wali niczym młot.
- A miała pani stwierdzoną arytmię?
- spytał po kilku sekundach rozważania.
- Tak.
- Zażywa pani leki? - zapytał, w
międzyczasie zakładając biały fartuch.
- Oczywiście, ale prawie wcale mi nie
pomagają. - wstał, by wyciągnąć z torby stetoskop.
- Osłucham panią. - sprawnie
przeprowadził badanie.
- No tak, arytmia ciągle się nasila.
To nie najlepiej. - stwierdził.
- Czyli co? Będę umierać? -
przeraziła się, a Emma gwałtownie się zerwała. Max uśmiechnął
się uspokajająco.
- Nie musi się pani obawiać, jednak
kluczowym faktem będzie stała opieka lekarska.
- Ale jak to?
- Najlepiej, gdyby została pani na
kilka tygodni w szpitalu. Miałaby tam pani zapewnioną fachową
opiekę i migotanie komór trochę by ustało.
- Ale czy to naprawdę niezbędne? -
dopytywała się starsza pani.
- Raczej tak, nie wolno bagatelizować
żadnych zmian. Wykwalifikowany personel zajmie się tam panią.
- Ale... my nie mamy pieniędzy, nie
stać nas na coś takiego. - wyznała smutna.
- Nie ma problemu, wypiszę
skierowanie, wtedy wszystko będzie całkowicie bezpłatne. To jak? -
uśmiechnął się do niej ciepło, przeniosła niepewny wzrok na
córkę.
- Zaraz, zaraz, chcesz zostawić moją
mamę samą w szpitalu? - krzyknęła oburzona Emma. - Nie ma mowy. -
skrzyżowała ręce na piersi.
- Tam jej pomogą, tutaj trudno będzie
odpowiednio zaopiekować się twoją mamą.
- Tutaj mamie nic się nie dzieje,
dajemy sobie radę we dwie. - stwierdziła dobitnie.
- Zrozum, że kiedy lekarze się nią
nie zajmą, może się jej bardziej pogorszyć. To niebezpieczne. - z
anielską wprost cierpliwością tłumaczył rozzłoszczonej
dziewczynie.
- Nie zgadzam się. - powoli i
dokładnie wymawiała każdy wyraz. - mężczyzna podszedł do niej,
kładąc jej dłoń na ramieniu.
- Emma, to dla jej dobra, chcesz
narażać swoją matkę? - szybko strząsnęła jego rękę.
- Nie, ale ja nie widzę potrzeby.
Koniec, kropka. - z uporem trwała przy swoim. Mierzyli się gniewnie
wzrokiem, gdy do rozmowy włączyła się sama zainteresowana.
- Córuś, pan doktor ma rację, lepiej
będzie jak tam zostanę. Naprawdę. - Max nie umiał powstrzymać
triumfalnego uśmieszku. Emma parsknęła gniewnie i usiadła na
fotelu, zakładając nogę na nogę. Whitehouse dostrzegł, że wciąż
ma problemy z lewą kończyną, na którą wciąż utykała.
- Ale mamo! Chcesz zostać tam sama? Z
obcymi ludźmi a nie ze mną?!
- Nie będę tam sama, zawsze możesz
mnie odwiedzać, skarbie. - dodała starsza pani i pogrążyła się
we własnych myślach.
- Nie, nie pozwolę na to. Mamo? -
próbowała uzyskać jeszcze wsparcie matki, jednak na próżno.
- Czyli postanowione. - Max zignorował
wrogie spojrzenia posyłane mu przez szatynkę. - Jeszcze dziś tam
panią zabiorę. Zobaczy pani, z pewnością poprawi się pani stan
zdrowia. Emmo, proszę pomóż się mamie spakować. - dziewczyna
gwałtownie zerwała się z fotela, kucając przy wózku.
- Naprawdę tego chcesz, mamo? Zostawić
mnie? Boję się oddawać cię w ręce obcych ludzi. Oni nie wiedzą,
co tak naprawdę... - starsza kobieta pogłaskała córkę po
policzku.
- Kochanie, tobie również należy się
odpoczynek, nie możesz całe życie zajmować się starą,
schorowaną matką.
- Zrozum, że... - matka ruchem ręki
nakazała jej milczenie.
- Powiedziałam. Nie będę dyskutować.
- Emma dawno nie słyszała w głosie matki takiego uporu.
Westchnęła głośno i chcąc nie
chcąc poszła spakować rzeczy matki.
Tymczasem Max przygotował samochód.
Wrócił z powrotem do domu. Mama Emmy miała już narzucony na
siebie cieplejszy sweter, w ręce trzymała podręczną torebkę.
Nakazała ruchem ręki, by mężczyzna do niej podszedł i pochylił
się. Kobieta zerknęła jeszcze w stronę zamkniętych drzwi, za
którymi jej córka przygotowywała bagaż.
- Chłopcze, widać po tobie, że
jesteś dobrym człowiekiem. Mam do ciebie prośbę. – wyszeptała.
- Zaopiekuj się Emmą, boje się, że mogłoby się jej coś stać.
Jest moją jedyną córeczką, moim największym skarbem. Poza tym
czuję, że coś przede mną ukrywa od jakiegoś czasu. Gdy przez te
trzy tygodnie nie było jej w domu... ona kłamie, mówiąc, że
umówiła się z przyjaciółmi na wypad nad morze. Proszę cię,
zajmij się nią. Spełnij zachciankę staruszki. - zamknęła jego
dłoń w swoich. Max uśmiechnął się do niej ciepło.
- Oczywiście. Zajmę się nią. -
nagle wpadł mu do głowy pewien pomysł. - Mogę już panią
przenieść do samochodu?
- Tak, tak, zawołaj proszę Emmę,
niech nie pakuje do walizki całej szafy.
Jak na zawołanie w drzwiach stanęła
dziewczyna z walizką w ręku. Miała nietęgą minę.
- To chyba wszystko. Ale wiedzcie, że
naprawdę nie podoba mi się ten pomysł. Max, na ile zabierasz mamę
do szpitala? - zwróciła się do niego.
- Przynajmniej na miesiąc. Chociaż
może się to przedłużyć. - Emma wytrzeszczyła oczy.
- Na ile?! Myślałam, że na tydzień,
góra dwa. Nadal chcesz tam jechać? - tym razem zapytała matki.
- Nie mam wyboru. Sama słyszałaś
pana doktora. No już, ile będziemy tu jeszcze stać i gadać.
Max przeniósł panią Ferguson na
rękach do samochodu, złożył wózek inwalidzki i wraz z walizką
włożył do bagażnika. Kilkadziesiąt minut później byli już pod
szpitalem. Pojechali windą na drugie piętro.
Zatrzymał się przed właściwą salą.
- Tutaj panią pozostawię
pielęgniarkom. I niech się pani nie obawia, to szpital z jednym z
najlepszych personelów medycznych w Los Angeles.
- Tak, rozumiem. Czy nasza wcześniejsza
umowa jest wciąż aktualna?
- Jak najbardziej. - mrugnął do niej
konspiracyjnie.
- Pamiętaj, ufam ci. Nie zawiedź
mnie. - skinął głową. - Leć już, leć.
- Do widzenia, pani Ferguson. Wkrótce
do pani zawitam.
- Do widzenia. - Max zobaczył, jak
dwie młode pielęgniarki podchodzą do kobiety.
,,Mamę pozostawiłem już w dobrych
rękach. Teraz pora zająć się córką.” pomyślał Max,
zbiegając po dwa schody w dół. Nie miał cierpliwości, by czekać
na windę.
Gdy powoli zaczęło zmierzchać, ktoś
znowu zapukał do drzwi jej domu. Emma nie była zachwycona myślą,
że potencjalny gość będzie zmuszony ją oglądać w różowym,
puszystym szlafroku w żyrafy i takiegoż koloru kapcioszkach. Nie
wspominając o tym kołtunie, który miała teraz na głowie.
Osłupiała, widząc ponownie blondyna.
- Max? - zapytała zdziwiona,
zakrywając się szczelnie nieszczęsnym szlafrokiem. - Co ty tu
jeszcze robisz? - nie bawiła się w żadne uprzejmości.
- Zabieram cię do siebie. Na czas, gdy
twoja mama będzie się kurować w szpitalu.
Zaśmiała się nerwowo.
- Bardzo śmieszne, gdzie ukryte
kamery? - zironizowała. Max jednak był niezwykle poważny.
- Weź swoje rzeczy na zmianę. Ja
niestety nie mam u siebie takich uroczych wdzianek. - uniósł kąciki
ust, prześlizgując wzrokiem po jej sylwetce.
Cała sytuacja przestała ją bawić.
- Nie. - powiedziała twardo. - Możesz
już skończyć to przedstawienie pod tytułem: ,,jestem księciem na
białym koniu, uratuje wszystkie niewiasty w potrzebie.” Dobranoc.
- nie pozwolił sobie ponownie zamknąć drzwi przed nosem. Bez
pytania wkroczył do przedpokoju. Przez chwilę uważnie się jej
przyglądał, myśląc nad czymś intensywnie.
- Wiesz, że potrafię być uparty? -
powiedział tylko. Hardo uniosła głowę, wpatrując mu się prosto
w oczy.
- Wiesz, że ja nie dam się traktować
jak pięcioletnia dziewczynka? - odparła tym samym tonem.
W jednej sekundzie dopadł do niej i
pochwyciwszy ją w pasie, przerzucił sobie bezceremonialnie przez
ramię. Dziewczyna wrzasnęła.
- Max, czyś ty kompletnie zwariował?!
Puść mnie natychmiast! - zaczęła się szarpać i wyrywać.
Mężczyźnie to nie sprawiało problemu, była mniejsza od niego
niemalże o połowę. Nie zwracając uwagi na jej krzyki i małe
piąstki, którymi okładała go po plecach zaniósł ją do
samochodu.
- Puuuść mnie, już! - nie zdziwiłby
się, gdyby jej wrzaski nie usłyszeli sąsiedzi. Otwarł drzwiczki
od strony pasażera.
- Uważaj na głowę. - mruknął,
sadzając ją na skórzanym fotelu. Sprawnie zapiął jej pasy.
Szybko okrążył maskę i zajął miejsce przy kierownicy.
Zablokował zamki, tak, by nie mogła mu uciec. Próbowała się
jeszcze wydostać, niestety na marne. Warknęła z bezsilności.
Rozbawiony poczynaniami Emmy, zapytał:
- Już skończyłaś? - próbowała
uspokoić oddech, odgarnęła niesforne kosmyki z oczu.
Chyba nigdy nie miała takiej ochoty,
by komuś przełożyć.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz