~ część.12
Albo mój drink był za mocny albo
rzeczywiście byłem świadkiem jak Martika właśnie okłada jakąś
laskę pięściami śmiejąc się przy tym niczym szaleniec.
Mrugnąłem kilka razy licząc na to, że mam tylko pijackie omamy.
Dopiero gdy udało jej się usiąść okrakiem na przeciwniczce
zmieniła taktykę, zabierając się za jej włosy. Jak to jest
możliwe, żeby ta cichutka i dobrze ułożona panienka zniżała się
do tego, by bić kogoś na środku sali na oczach tak sporej liczby
imprezowiczów? Ta blondyna z kucykiem zapewne nie przebierała w
słowach, wątpiłem, by Martikę można było łatwo sprowokować.
- To znowu ta ruda? - usłyszałem za
sobą głos Weroniki. - Co ona wyprawia, całkiem jej się
przestawiło w główce? - nie odrywałem wzroku od dwóch bijących
się dziewczyn, których widownia zachęcała do walki. Dostrzegłem,
że jej koleżanka...chyba Karolina próbuje je rozdzielić lecz i
ona obrywa od którejś z awanturniczek w ramię. W sumie mogłem coś
zrobić...ale jakoś nie miałem zamiaru mieszać się w ich sprawy.
Zaraz zaczęłyby się ploty, że pewnie mam do którejś z nich
jakieś wąty, skoro przybiegam im na ratunek. Skoro ta sprawa mnie
nie dotyczyła, nie warto się było w nią wtrącać.
- Nie wiem, nigdy bym nie powiedział
żeby była skłonna do bójek. - w tym momencie ze sceny zeskoczył
Nikodem i złapał Martikę w pasie, próbując ją pochwycić za
ramiona. Ta zaczęła się mu wyszarpywać, próbując na oślep go
walić gdzie popadnie. Zupełnie nie poznawałem dawnej
płomiennowłosej. Miała dosłownie ogień w oczach, jej włosy były
już w całkowitym nieładzie, bluzka była podarta, z nosa wypływała
strużka krwi. Niemiłosiernie się szamotała, wydając z siebie
odgłos rozwścieczonej bestii. Dosłownie jakby ktoś ją nagle
podmienił. Druga dziewczyna leżała wciąż na podłodze, próbując
jakoś oddalić się od swojej napastniczki. Nie była wcale w
lepszym stanie zważywszy że wokół niej leżało mnóstwo
powyrywanych kosmyków. Nikodem z całej siły przygarnął ją do
siebie i przepychając się między rozgorzałym tłumem, teraz
buczących bez aprobaty z powodu zakończenia widowiska próbował
przedrzeć się do wyjścia.
Na moje nieszczęście przechodzili
właśnie obok naszego stolika. Martika rozpoznała nas i szarpnęła
się lekko, dając chłopakowi do zrozumienia, żeby przystanął. Na
jej ustach pojawił się chytry uśmieszek, przetarła wierzchem
dłoni przeciętą wargę. Zmierzyła mnie i Weronikę bezczelnym
spojrzeniem i głośno krzyknęła:
- Maciuś pewnie czuje się teraz
zgorszony. Ooo, jak mi przykro... - ironizowała. Zrobiła krok w
stronę brunetki, która odruchowo schroniła się za moimi plecami.
- A ty, damulko od siedmiu boleści chowaj się za tym mięczakiem,
bo przecież taka nieokrzesana dzikuska jak ja może ci przecież
przefasonować tą śliczną buźkę! Oboje jesteście siebie warci,
pieprzeni bogacze z wyższych sfer! Możecie mnie... - widać było,
że to alkohol ją tak ośmielił, jednak nie miałem ochoty
wysłuchiwać tych bzdur. Gdy zerwałem się z krzesła, Nikodem
przerażony wściekłością która malowała się najwidoczniej w
moich oczach, przysłonił jej dłonią usta, na co ona znowu zaczęła
wierzgać.
- Sorry Maciek, lepiej ją odwiozę do
domu. Powiedz coś ludziom, wytłumacz im jakoś moją nieobecność.
Jeszcze raz przepraszam. - zwrócił się w stronę Słowik Bury.
Kiedy znajdowali się przy drzwiach, do
moich uszu doleciało jeszcze:
- Zostaw mnie, idioto, jeszcze nie
skończyłam! Puść...puść mnie! No do cholery jeszcze wszystkiego
nie powie... - Bury z coraz większym trudem starał się ją
wyprowadzić ze szkoły.
- Martika, przestań, już na dzisiaj
dosyć nawyrabiałaś.
- Ale... - drzwi mocno się
zatrzasnęły, a oczy wszystkich skierowały się teraz ku naszemu
stolikowi. Wściekły jak cholera aferą, która rozpętała ta
wariatka i spojrzeniem, które na koniec mi posłała, pełnym kpiny
i wyższości, chwyciłem dłoń Weroniki, chcąc nie chcąc,
musieliśmy opuścić to nieszczęsne miejsce. Ja się jeszcze
policzę z tą gówniarą! Nikt nie będzie robił ze mnie debila,
zwłaszcza ona. Od początku były z nią same problemy, ale
spokojnie, jeszcze tego pożałuje, oj pożałuje! Już ja tego
dopilnuję, słowo!
***
Budząc
się o 8 rano od razu przed oczami stanął mi obraz naparzających
się dwóch lasek, w tym nieszczęsnej Martiki. Zawsze musi chodzić
o nią? Przecież nie jest przedszkolakiem do cholery! Nikodem musi
mieć nieźle zrytą banię, skoro wciąż się za nią ugania.
Będzie musiał się przyzwyczaić, że ta dziewczyna ciągle będzie
go ośmieszać. Zadawać się z taką to najgłupsza rzecz, jaką
można zrobić. Kim my teraz się staliśmy w oczach innych? Musiała
się do mnie odzywać? Już miałem zadzwonić do Roberta zapytać
go, czy wpadnie do mnie pograć na konsoli, gdy usłyszałem
przyciszone głosy rodziców. Przybliżyłem się w stronę
uchylonych drzwi ich sypialni.
- Ela, to już nie żarty. - tata
położył gazetę na komodzie. - Jak dojdzie do spotkania, to możemy
się spodziewać najgorszego. - jego głos drżał nerwowo. Mama
przyłożyła dłoń do czoła.
- Co ja na to poradzę? I tak
zrobiliśmy wszystko co mogliśmy.
- Boję się, że to nie wystarczy. Co
jeśli natkną się na siebie na imprezie, w jakiejś knajpie,
chociażby miną na ulicy? Wiesz, co się wtedy stanie?! - zielonooka
brunetka wydała z siebie westchnięcie.
- Doskonale wiem. Ale Krzysiek, co mamy
zrobić? Chyba nie będziemy się wyprowadzać. - nadstawiłem ucho.
Niby jakie wyprowadzać? Co takiego miało się stać?
- To by było najlepsze rozwiązanie. -
o mało co nie prychnąłem. Może to było dziecinne, że stałem
oparty plecami o ścianę, próbując cokolwiek wychwycić z ich
rozmowy, ale doskonale wiedziałem, że od dawna coś przede mną
ukrywają. Tylko co? Przytknąłem pięść do ust, by nie zdradzić
się jakimkolwiek hałasem.
- Wiesz, że musiałbyś przez to
przekazać dyrektorstwo komuś innemu. Sam nie dałbyś radę z
poszukiwaniem domu i jednocześnie prowadzeniem kilku banków. To
zbyt pracochłonne.
- Myślę tylko nad dobrem swojego
syna. Myślę nad naszym dobrem. Nie chcę by komukolwiek coś się
stało, już raz to przerabialiśmy. - mama skrzywiła się a w jej
oczach zalśniły łzy. Patrzyłem, jak ojciec ją obejmuje
zastanawiając się o co w tym wszystkim chodzi. I czemu znowu
przypominał mi się ten pierdolony poniedziałek trzynastego
grudnia.
Przeanalizowałem w myślach to co
udało mi się zrobić podczas tych dwóch tygodni wakacji. I ze
zgrozą stwierdziłem, że poza porządnymi najebankami z Szybkim i
Burym przeleżałem prawie pół tego czasu z przerwami na wizyty w
garażu. Biorąc pod uwagę, że te sześć tygodni to jedyny możliwy
czas, w którym mógłbym zrobić coś bardziej konstruktywnego od
uczenia się twórców poszczególnych epok historycznych, podniosłem
się z mojego ukochanego łóżka. Zdjąłem na chwilę słuchawki, z
których leniwie sączył się utwór Evanescence 'Bring me to life',
by móc polepszyć efekt przejścia tsunami na moich kłakach i
zmienić przepoconą koszulkę. Po ostatnim łyku izotoniku i obfitym
spryskaniu się antyperspirantem (myłem się rano, żeby nie było)
mogłem wyjść na dwór. Weronika nie znosiła czekać, a ja
marzyłem tylko o tym by usiąść w końcu w klimatyzowanej sali
restauracyjnej, przy kolacji, na którą zaprosiłem dziewczynę.
Jak sama zresztą postanowiła
spotkaliśmy się dopiero pod samym lokalem, Weronika nie chciała
leżeć przyklejona do moich pleców, jadąc na moto w drogiej kiecce
i w kasku który popsuł by jej tylko fryzurę, jak to się krótko i
zwięźle wyraziła. Zauważyła mnie dopiero wtedy gdy ją
zawołałem. Podbiegła do mnie na tyle, na ile pozwalały jej
nieodzowne koturny. Ej, skąd ja właściwie wiem, że tak się te
buty nazywają? Po soczystym buziaku w policzek podałem jej swoje
ramię, które z uśmiechem przyjęła. Wchodząc do środka zdałem
sobie sprawę, iż w tej restauracji, notabene wybieranej przez
dziewczynę nie ma klimatyzacji. Przekląłem pod nosem wizualizując
sobie te kilka godzin, które musiałem przetrzymać w koszuli z
długim rękawem i jeansami. Jaki ja byłem głupi, myśląc, że
należy ubrać się bardziej elegancko zapraszając osobę płci
pięknej na wykwintną kolację... To znaczy nie myliłem się co do
odpowiedniego stroju na taką okazję, ale czysty T-shirt nie byłby
najgorszą opcją. Rozejrzałem się po sali. ŻADEN, ale to ŻADEN
facet nie miał na sobie koszuli a jedynie przepuszczające powietrze
koszulki, a nawet krótkie bojówki. Jestem. Skończonym. Debilem.
- Uff, straszny tu skwar, nie mniejszy
niż na zewnątrz, jednak dobrze że ubrałam sukieneczkę na
ramiączkach, inaczej to bym się chyba usmażyła. - popatrzyłem
nienawistnym wzrokiem na moją towarzyszkę, która najwidoczniej
miała zdolność czytania w myślach.
- Taa, masz rację. - zająłem swoje
miejsce, świadom swych nadchodzących męczarni.
- Ale tobie to współczuję, ty
biedaku, nie miałeś czego innego ubrać? - nieświadomie mój kącik
ust zadrżał, niczym wściekłemu buldogowi na spotkanie z
listonoszem. Ona udawała, że tego nie widzi. Jednak wysilając się
na swobodny ton, odparłem:
- Chciałem chociażby w najmniejszym
stopniu dorównać tobie i twojej elegancji. - zdziwiłem się, że
głos nawet mi nie zadrżał. Udało mi się przetrwać bitwę na
spojrzenia, uśmiechnąłem się promiennie.
Ignorując fakt, iż spociłem się jak
świnia test wytrzymałości mimo wszystko przetrzymał mój
dezodorant. Zdążyłem podwinąć już mankiety po same łokcie i
rozpiąć dwa guziki mojej męczarni. Zajadając stek obserwowałem
jak Weronika gimnastykuje się ze swoimi małżami. Nieomal
parsknąłem śmiechem, gdy próbowała je otworzyć nożem i
widelcem. Biedne skorupiaki raz po raz lądowały na obrusie a
irytacja dziewczyny coraz bardziej rosła. Nie wytrzymałem dopiero
wtedy, gdy jedną udało mi się złapać. Szatynka warknęła zła,
gdy zacząłem rechotać na całego.
- Przymknij się Maciek, wszyscy się
gapią. - kopnęła mnie pod stołem. Stęknąłem.
- Zaraz cały twój posiłek wyląduje
pod nogami gości siedzących obok nas. - gdy po raz kolejny z mojego
gardła wydobył się śmiech, wkurzona siedemnastolatka rzuciła we
mnie serwetką. - Ej, co ty robisz?
- To co ty, też przynoszę nam wstyd.
- złapałem się za brzuch szczerze rozbawiony. Zdmuchnęła kosmyk
włosów, który przysłonił jej oczy.
- Przyznaj się, nigdy nie zamawiałaś
małż. - powiedziałem, podając jej uchwycony wcześniej element
dania, który cisnęła z powrotem na talerz.
- Nie, i co z tego. - przewróciła
oczami. - Gdy rodzice to zamawiali to otwieranie tego ustrojstwa było
łatwiejsze. - otarła palce w chusteczkę.
- Daj mi to, pokaże ci jak najłatwiej
dostać się do środka. - pomogłem jej z jedzeniem. - Proszę.
Trzeba było od razu się przyznać, nie męczyłabyś się z nimi
przez pół godziny.
- Nie chciałam wyjść na wieśniaczkę.
- rozbrajała mnie jej szczerość.
- Kobieto, ja cię chyba nigdy nie
zrozumiem. Co ma piernik do wiatraka? - zdecydowałem się odpiąć
trzeci guzik a jej wzrok powędrował za moimi dłońmi.
- No bo... a zresztą. Po co ja ci to
będę tłumaczyć, i tak mnie nie zrozumiesz.
- Masz rację. Kobiecej logiki nie
ogarniesz.
- Ejże, bo zdegraduję cię z pozycji
czarusia do roli buraka. - wachlowała się serwetką, którą
uprzednio zwinęła w harmonijkę.
- Miło mi, że mnie doceniasz. -
zapatrzyłem się jak powoli upija łyczek swojej lemoniady z lodem.
- Mam dla ciebie zaproszenie. Wybieramy się z kolegami na
kilkudniowy wypad za miasto. Taki pseudo biwak, będziemy spać w
namiotach, kąpać się w Wiśle i tym podobne rzeczy. Byłabyś
chętna? - uważnie otaksowała mnie wzrokiem.
- W sumie to czemu nie, tylko czy twoi
kumple nie będą mieli nic przeciwko mojej obecności? Planowaliście
pewnie męski wypad, żeński pierwiastek mógłby wam tylko
przeszkadzać.
- Tak szczerze to ten pomysł wpadł mi
przed chwilą do głowy, mam dość nudzenia się w te wakacje. Nikt
jeszcze o tym nie wie.
- To tym bardziej. Skąd wiesz, że
będą chcieli jechać w dodatku z ogonem w postaci mnie?
- Spróbowaliby tylko nie chcieć. -
uśmiechnęła się. - Czyli zgadzasz się? Byłoby mi bardzo miło.
Weronika starała się zakryć jakoś
swoje rumieńce, które nagle wypełzły na jej policzki. W duchu
byłem z siebie naprawdę dumny, taki wypad to świetny pomysł,
odpoczniemy na łonie natury, z dala od domu i jeszcze zapunktuję u
dziewczyny. Po prostu perfecto.
- Jestem za. Jeszcze dziś pogadam na
ten temat z rodzicami. Ale musisz mi pomóc ich przekonać.
- Oczywiście, że pogadam. Tymczasem
zmywajmy się, bo już dłużej tu nie wytrzymam. - głośno
wypuściłem powietrze i wypiłem do końca mój sok pomarańczowy.
- Właśnie się zastanawiałam, kiedy
będziesz chciał wyjść, bo nie mogę patrzeć, jak wiercisz się
na tym krześle. - zabrała z oparcia torebkę. - A i płacę za
siebie.
- No chyba śnisz. Ja zapraszam, to i
ja płacę. - wyszczerzyłem się, gdy spostrzegłem w jej oczach
uznanie. Moje ego zostało miło połechtane. Nie licząc faktu, że
moje ubranie można już było wyciskać w rękach i od razu powiesić
na sznurku od bielizny, to wieczór można było zaliczyć do jak
najbardziej pozytywnych.
~ część.14
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz