wtorek, 11 sierpnia 2015

Break the Rules ~ część.13

część.12


Albo mój drink był za mocny albo rzeczywiście byłem świadkiem jak Martika właśnie okłada jakąś laskę pięściami śmiejąc się przy tym niczym szaleniec. Mrugnąłem kilka razy licząc na to, że mam tylko pijackie omamy. Dopiero gdy udało jej się usiąść okrakiem na przeciwniczce zmieniła taktykę, zabierając się za jej włosy. Jak to jest możliwe, żeby ta cichutka i dobrze ułożona panienka zniżała się do tego, by bić kogoś na środku sali na oczach tak sporej liczby imprezowiczów? Ta blondyna z kucykiem zapewne nie przebierała w słowach, wątpiłem, by Martikę można było łatwo sprowokować.
- To znowu ta ruda? - usłyszałem za sobą głos Weroniki. - Co ona wyprawia, całkiem jej się przestawiło w główce? - nie odrywałem wzroku od dwóch bijących się dziewczyn, których widownia zachęcała do walki. Dostrzegłem, że jej koleżanka...chyba Karolina próbuje je rozdzielić lecz i ona obrywa od którejś z awanturniczek w ramię. W sumie mogłem coś zrobić...ale jakoś nie miałem zamiaru mieszać się w ich sprawy. Zaraz zaczęłyby się ploty, że pewnie mam do którejś z nich jakieś wąty, skoro przybiegam im na ratunek. Skoro ta sprawa mnie nie dotyczyła, nie warto się było w nią wtrącać.
- Nie wiem, nigdy bym nie powiedział żeby była skłonna do bójek. - w tym momencie ze sceny zeskoczył Nikodem i złapał Martikę w pasie, próbując ją pochwycić za ramiona. Ta zaczęła się mu wyszarpywać, próbując na oślep go walić gdzie popadnie. Zupełnie nie poznawałem dawnej płomiennowłosej. Miała dosłownie ogień w oczach, jej włosy były już w całkowitym nieładzie, bluzka była podarta, z nosa wypływała strużka krwi. Niemiłosiernie się szamotała, wydając z siebie odgłos rozwścieczonej bestii. Dosłownie jakby ktoś ją nagle podmienił. Druga dziewczyna leżała wciąż na podłodze, próbując jakoś oddalić się od swojej napastniczki. Nie była wcale w lepszym stanie zważywszy że wokół niej leżało mnóstwo powyrywanych kosmyków. Nikodem z całej siły przygarnął ją do siebie i przepychając się między rozgorzałym tłumem, teraz buczących bez aprobaty z powodu zakończenia widowiska próbował przedrzeć się do wyjścia.
Na moje nieszczęście przechodzili właśnie obok naszego stolika. Martika rozpoznała nas i szarpnęła się lekko, dając chłopakowi do zrozumienia, żeby przystanął. Na jej ustach pojawił się chytry uśmieszek, przetarła wierzchem dłoni przeciętą wargę. Zmierzyła mnie i Weronikę bezczelnym spojrzeniem i głośno krzyknęła:
- Maciuś pewnie czuje się teraz zgorszony. Ooo, jak mi przykro... - ironizowała. Zrobiła krok w stronę brunetki, która odruchowo schroniła się za moimi plecami. - A ty, damulko od siedmiu boleści chowaj się za tym mięczakiem, bo przecież taka nieokrzesana dzikuska jak ja może ci przecież przefasonować tą śliczną buźkę! Oboje jesteście siebie warci, pieprzeni bogacze z wyższych sfer! Możecie mnie... - widać było, że to alkohol ją tak ośmielił, jednak nie miałem ochoty wysłuchiwać tych bzdur. Gdy zerwałem się z krzesła, Nikodem przerażony wściekłością która malowała się najwidoczniej w moich oczach, przysłonił jej dłonią usta, na co ona znowu zaczęła wierzgać.
- Sorry Maciek, lepiej ją odwiozę do domu. Powiedz coś ludziom, wytłumacz im jakoś moją nieobecność. Jeszcze raz przepraszam. - zwrócił się w stronę Słowik Bury.
Kiedy znajdowali się przy drzwiach, do moich uszu doleciało jeszcze:
- Zostaw mnie, idioto, jeszcze nie skończyłam! Puść...puść mnie! No do cholery jeszcze wszystkiego nie powie... - Bury z coraz większym trudem starał się ją wyprowadzić ze szkoły.
- Martika, przestań, już na dzisiaj dosyć nawyrabiałaś.
- Ale... - drzwi mocno się zatrzasnęły, a oczy wszystkich skierowały się teraz ku naszemu stolikowi. Wściekły jak cholera aferą, która rozpętała ta wariatka i spojrzeniem, które na koniec mi posłała, pełnym kpiny i wyższości, chwyciłem dłoń Weroniki, chcąc nie chcąc, musieliśmy opuścić to nieszczęsne miejsce. Ja się jeszcze policzę z tą gówniarą! Nikt nie będzie robił ze mnie debila, zwłaszcza ona. Od początku były z nią same problemy, ale spokojnie, jeszcze tego pożałuje, oj pożałuje! Już ja tego dopilnuję, słowo!

***
Budząc się o 8 rano od razu przed oczami stanął mi obraz naparzających się dwóch lasek, w tym nieszczęsnej Martiki. Zawsze musi chodzić o nią? Przecież nie jest przedszkolakiem do cholery! Nikodem musi mieć nieźle zrytą banię, skoro wciąż się za nią ugania. Będzie musiał się przyzwyczaić, że ta dziewczyna ciągle będzie go ośmieszać. Zadawać się z taką to najgłupsza rzecz, jaką można zrobić. Kim my teraz się staliśmy w oczach innych? Musiała się do mnie odzywać? Już miałem zadzwonić do Roberta zapytać go, czy wpadnie do mnie pograć na konsoli, gdy usłyszałem przyciszone głosy rodziców. Przybliżyłem się w stronę uchylonych drzwi ich sypialni.
- Ela, to już nie żarty. - tata położył gazetę na komodzie. - Jak dojdzie do spotkania, to możemy się spodziewać najgorszego. - jego głos drżał nerwowo. Mama przyłożyła dłoń do czoła.
- Co ja na to poradzę? I tak zrobiliśmy wszystko co mogliśmy.
- Boję się, że to nie wystarczy. Co jeśli natkną się na siebie na imprezie, w jakiejś knajpie, chociażby miną na ulicy? Wiesz, co się wtedy stanie?! - zielonooka brunetka wydała z siebie westchnięcie.
- Doskonale wiem. Ale Krzysiek, co mamy zrobić? Chyba nie będziemy się wyprowadzać. - nadstawiłem ucho. Niby jakie wyprowadzać? Co takiego miało się stać?
- To by było najlepsze rozwiązanie. - o mało co nie prychnąłem. Może to było dziecinne, że stałem oparty plecami o ścianę, próbując cokolwiek wychwycić z ich rozmowy, ale doskonale wiedziałem, że od dawna coś przede mną ukrywają. Tylko co? Przytknąłem pięść do ust, by nie zdradzić się jakimkolwiek hałasem.
- Wiesz, że musiałbyś przez to przekazać dyrektorstwo komuś innemu. Sam nie dałbyś radę z poszukiwaniem domu i jednocześnie prowadzeniem kilku banków. To zbyt pracochłonne.
- Myślę tylko nad dobrem swojego syna. Myślę nad naszym dobrem. Nie chcę by komukolwiek coś się stało, już raz to przerabialiśmy. - mama skrzywiła się a w jej oczach zalśniły łzy. Patrzyłem, jak ojciec ją obejmuje zastanawiając się o co w tym wszystkim chodzi. I czemu znowu przypominał mi się ten pierdolony poniedziałek trzynastego grudnia.


Przeanalizowałem w myślach to co udało mi się zrobić podczas tych dwóch tygodni wakacji. I ze zgrozą stwierdziłem, że poza porządnymi najebankami z Szybkim i Burym przeleżałem prawie pół tego czasu z przerwami na wizyty w garażu. Biorąc pod uwagę, że te sześć tygodni to jedyny możliwy czas, w którym mógłbym zrobić coś bardziej konstruktywnego od uczenia się twórców poszczególnych epok historycznych, podniosłem się z mojego ukochanego łóżka. Zdjąłem na chwilę słuchawki, z których leniwie sączył się utwór Evanescence 'Bring me to life', by móc polepszyć efekt przejścia tsunami na moich kłakach i zmienić przepoconą koszulkę. Po ostatnim łyku izotoniku i obfitym spryskaniu się antyperspirantem (myłem się rano, żeby nie było) mogłem wyjść na dwór. Weronika nie znosiła czekać, a ja marzyłem tylko o tym by usiąść w końcu w klimatyzowanej sali restauracyjnej, przy kolacji, na którą zaprosiłem dziewczynę.
Jak sama zresztą postanowiła spotkaliśmy się dopiero pod samym lokalem, Weronika nie chciała leżeć przyklejona do moich pleców, jadąc na moto w drogiej kiecce i w kasku który popsuł by jej tylko fryzurę, jak to się krótko i zwięźle wyraziła. Zauważyła mnie dopiero wtedy gdy ją zawołałem. Podbiegła do mnie na tyle, na ile pozwalały jej nieodzowne koturny. Ej, skąd ja właściwie wiem, że tak się te buty nazywają? Po soczystym buziaku w policzek podałem jej swoje ramię, które z uśmiechem przyjęła. Wchodząc do środka zdałem sobie sprawę, iż w tej restauracji, notabene wybieranej przez dziewczynę nie ma klimatyzacji. Przekląłem pod nosem wizualizując sobie te kilka godzin, które musiałem przetrzymać w koszuli z długim rękawem i jeansami. Jaki ja byłem głupi, myśląc, że należy ubrać się bardziej elegancko zapraszając osobę płci pięknej na wykwintną kolację... To znaczy nie myliłem się co do odpowiedniego stroju na taką okazję, ale czysty T-shirt nie byłby najgorszą opcją. Rozejrzałem się po sali. ŻADEN, ale to ŻADEN facet nie miał na sobie koszuli a jedynie przepuszczające powietrze koszulki, a nawet krótkie bojówki. Jestem. Skończonym. Debilem.
- Uff, straszny tu skwar, nie mniejszy niż na zewnątrz, jednak dobrze że ubrałam sukieneczkę na ramiączkach, inaczej to bym się chyba usmażyła. - popatrzyłem nienawistnym wzrokiem na moją towarzyszkę, która najwidoczniej miała zdolność czytania w myślach.
- Taa, masz rację. - zająłem swoje miejsce, świadom swych nadchodzących męczarni.
- Ale tobie to współczuję, ty biedaku, nie miałeś czego innego ubrać? - nieświadomie mój kącik ust zadrżał, niczym wściekłemu buldogowi na spotkanie z listonoszem. Ona udawała, że tego nie widzi. Jednak wysilając się na swobodny ton, odparłem:
- Chciałem chociażby w najmniejszym stopniu dorównać tobie i twojej elegancji. - zdziwiłem się, że głos nawet mi nie zadrżał. Udało mi się przetrwać bitwę na spojrzenia, uśmiechnąłem się promiennie.

Ignorując fakt, iż spociłem się jak świnia test wytrzymałości mimo wszystko przetrzymał mój dezodorant. Zdążyłem podwinąć już mankiety po same łokcie i rozpiąć dwa guziki mojej męczarni. Zajadając stek obserwowałem jak Weronika gimnastykuje się ze swoimi małżami. Nieomal parsknąłem śmiechem, gdy próbowała je otworzyć nożem i widelcem. Biedne skorupiaki raz po raz lądowały na obrusie a irytacja dziewczyny coraz bardziej rosła. Nie wytrzymałem dopiero wtedy, gdy jedną udało mi się złapać. Szatynka warknęła zła, gdy zacząłem rechotać na całego.
- Przymknij się Maciek, wszyscy się gapią. - kopnęła mnie pod stołem. Stęknąłem.
- Zaraz cały twój posiłek wyląduje pod nogami gości siedzących obok nas. - gdy po raz kolejny z mojego gardła wydobył się śmiech, wkurzona siedemnastolatka rzuciła we mnie serwetką. - Ej, co ty robisz?
- To co ty, też przynoszę nam wstyd. - złapałem się za brzuch szczerze rozbawiony. Zdmuchnęła kosmyk włosów, który przysłonił jej oczy.
- Przyznaj się, nigdy nie zamawiałaś małż. - powiedziałem, podając jej uchwycony wcześniej element dania, który cisnęła z powrotem na talerz.
- Nie, i co z tego. - przewróciła oczami. - Gdy rodzice to zamawiali to otwieranie tego ustrojstwa było łatwiejsze. - otarła palce w chusteczkę.
- Daj mi to, pokaże ci jak najłatwiej dostać się do środka. - pomogłem jej z jedzeniem. - Proszę. Trzeba było od razu się przyznać, nie męczyłabyś się z nimi przez pół godziny.
- Nie chciałam wyjść na wieśniaczkę. - rozbrajała mnie jej szczerość.
- Kobieto, ja cię chyba nigdy nie zrozumiem. Co ma piernik do wiatraka? - zdecydowałem się odpiąć trzeci guzik a jej wzrok powędrował za moimi dłońmi.
- No bo... a zresztą. Po co ja ci to będę tłumaczyć, i tak mnie nie zrozumiesz.
- Masz rację. Kobiecej logiki nie ogarniesz.
- Ejże, bo zdegraduję cię z pozycji czarusia do roli buraka. - wachlowała się serwetką, którą uprzednio zwinęła w harmonijkę.
- Miło mi, że mnie doceniasz. - zapatrzyłem się jak powoli upija łyczek swojej lemoniady z lodem. - Mam dla ciebie zaproszenie. Wybieramy się z kolegami na kilkudniowy wypad za miasto. Taki pseudo biwak, będziemy spać w namiotach, kąpać się w Wiśle i tym podobne rzeczy. Byłabyś chętna? - uważnie otaksowała mnie wzrokiem.
- W sumie to czemu nie, tylko czy twoi kumple nie będą mieli nic przeciwko mojej obecności? Planowaliście pewnie męski wypad, żeński pierwiastek mógłby wam tylko przeszkadzać.
- Tak szczerze to ten pomysł wpadł mi przed chwilą do głowy, mam dość nudzenia się w te wakacje. Nikt jeszcze o tym nie wie.
- To tym bardziej. Skąd wiesz, że będą chcieli jechać w dodatku z ogonem w postaci mnie?
- Spróbowaliby tylko nie chcieć. - uśmiechnęła się. - Czyli zgadzasz się? Byłoby mi bardzo miło.
Weronika starała się zakryć jakoś swoje rumieńce, które nagle wypełzły na jej policzki. W duchu byłem z siebie naprawdę dumny, taki wypad to świetny pomysł, odpoczniemy na łonie natury, z dala od domu i jeszcze zapunktuję u dziewczyny. Po prostu perfecto.
- Jestem za. Jeszcze dziś pogadam na ten temat z rodzicami. Ale musisz mi pomóc ich przekonać.
- Oczywiście, że pogadam. Tymczasem zmywajmy się, bo już dłużej tu nie wytrzymam. - głośno wypuściłem powietrze i wypiłem do końca mój sok pomarańczowy.
- Właśnie się zastanawiałam, kiedy będziesz chciał wyjść, bo nie mogę patrzeć, jak wiercisz się na tym krześle. - zabrała z oparcia torebkę. - A i płacę za siebie.
- No chyba śnisz. Ja zapraszam, to i ja płacę. - wyszczerzyłem się, gdy spostrzegłem w jej oczach uznanie. Moje ego zostało miło połechtane. Nie licząc faktu, że moje ubranie można już było wyciskać w rękach i od razu powiesić na sznurku od bielizny, to wieczór można było zaliczyć do jak najbardziej pozytywnych. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz