~ część.1
- Jestem Lionell. –
przedstawił się nieznajomy.
- Świetnie, znasz
swoje imię. – prychnęłam – Gratulację.
- A ty się nie
przedstawisz? – zapytał szczerze zdziwiony. O Boże, jaki natręt.
- Nie mam na to
ochoty. – warknęłam.
- Będziemy tu tak
stać? – ponowne pytanie doprowadziło mnie do szału, ale nie dam się tak łatwo
wytrącić z równowagi.
- Możesz sobie iść. –
stwierdziłam, zachowując pozory spokoju.
- A pójdziesz ze mną?
[…]
Fakt, że poszłam gdzieś z jakimś nieznajomym kolesiem nie
przerażał mnie już tak, jak na początku Teraz siedzieliśmy w jakiejś obskurnej
kawiarence, przy jednym z wielu identycznych stolików. Naprawdę oryginalny ten
koleś. Mimowolnie prychnęłam.
Usiedliśmy przy oknie. Problem tkwił w tym, że poza nami
była tu trójka pijanych gości i nikt poza tym.
Kelnerka niechętnie podeszła do stolika w rogu
pomieszczenia, wyraźnie niezadowolona, że usiedliśmy tak daleko od baru.
- Co podać? -
zapytała pretensjonalnie przeciągając sylaby i patrząc gdzieś w sufit.
Denerwują mnie tacy ludzie, to irytujące.
- Dla mnie kawa, a
dla ciebie? - zwrócił się do mnie chłopak, którego imienia nie mogłam sobie
teraz przypomnieć. A byłam pewna, że mi się przedstawiał.
- W zasadzie, nigdy
nie piłam szejka truskawkowego. - odparłam, co kelnerka odebrała jako
zamówienie i odeszła.
Kiedy odchodziła ukazała mi swój tyłek w pełnej krasie. Ja
rozumiem, że można nosić mini, ale widok połowy pośladków wystających poza
spódnicę rozbawił mnie. Bardzo. Zaczęłam się śmiać. Z trudem łapałam oddech, a
własna dłoń, która miała pomóc mi się opanować
i zdusić w sobie śmiech wcale mi
w tym nie pomagała. Pozostałe kelnerki patrzyły na mnie spode łba. Chłopak
popatrzył na mnie zaskoczony taką reakcją.
- O co ci chodzi? -
zapytał, nadal nie przejmując się faktem, że jesteśmy, dzięki mnie, w centrum
zainteresowania.
- Raczej nie
interesują cię ciuchy, co? - odpowiedziałam pytaniem i tylko wskazałam brodą na
kelnerkę.
Chłopak nawet na nią nie spojrzał, nadal intensywnie się we
mnie wpatrując.
- Masz rację, nie
interesuje mnie to. - przyznał. Wiedziałam, że mam rację, ja zawsze mam rację.
Oparłam głowę na ściśniętej w pięść łapce i spojrzałam za
okno. Spojrzenie padło na kawałek popękanej kostki. Koleś, który ze mną
siedział zaczął coś mówić. Nie wiem o czym, bo nawet nie starałam się go
słuchać, a mój nieprzytomny wzrok i tak zdradzał zmęczenie.
- Przypomnij jak masz
na imię? - zagięłam go tym jednym zdaniem.
Zaśmiał się, zabawnie odchylając głowę do tyłu.
- Lionell. - swoje
imię wypowiedział z rozbawieniem.
Uniosłam brwi zaskoczona.
- Co cię bawi? - na
mój zaskoczony głos ludzie znów podnieśli na nas wzrok.
- Co? - zapytał
Lionell. Teraz zdawał się nie wiedzieć o co mi chodzi.
- Pytam, co cię tak
bawi? - ponowiłam pytanie.
Chłopak przestał się śmiać. Teraz, dla odmiany to on uniósł
brew.
- Nic, zupełnie nic.
- stwierdził.
Spojrzałam na niego z politowaniem.
- Och, daj spokój.
To, że teraz możesz mnie czymś urazić, nie ma dla mnie najmniejszego znaczenia.
I tak prawdopodobnie nigdy więcej się nie spotkamy, więc możesz od razu
powiedzieć, a nie bawić się w jakieś chore podchody. - warknęłam.
On ponownie się zaśmiał, co kompletnie zbiło mnie z tropu.
Serio ten facet zaczął mnie przerażać.
- Kiedy się złościsz,
jesteś słodka. - powiedział.
Tego kompletnie się nie spodziewałam. Zrobiłam wielkie oczy,
po raz pierwszy w życiu nie wiedziałam co odpowiedzieć. Moim wybawicielem
okazała się być kelnerka, która po dobrych dwudziestu minutach, w końcu
przyniosła zamówienie. Zaczęłam bawić się kosmykiem włosów i znów spojrzałam za
okno.
- Dlaczego uważasz,
że się już nie zobaczymy? – jego spojrzenie również powędrowało za okno.
Wpatrywał się dokładnie w to samo miejsce co ja.
- Bo ani tobie, ani
tym bardziej mi na tej znajomości nie zależy. – cała prawda.
Chwila ciszy przerywana była tylko miarowym oddychaniem zebranych
w lokalu ludzi i dźwiękiem szkła uderzającego o stoliki. Nie tknęłam swojego
napoju, sama się truć nie mam zamiaru.
- Dlaczego nie
pijesz? - zapytał w końcu Lionell, który kończył już swoją kawę i z nieukrywanym
zainteresowaniem mi się przyglądał.
- Mam uczulenie na
truskawki. - odparłam zgodnie z prawdą. On znów się zaśmiał.
Wreszcie zdecydowałam się stąd wyjść. Wstałam, wygładziłam
zmięty materiał sukienki i rzuciłam na blat stolika kilka banknotów. Oczywiście
Lionell musiał chcieć się wykazać i
pokłóciliśmy się o to, kto płaci, ale to nie było zbyt interesujące.
[...]
Wyszliśmy z
kawiarenki. Chłód nocy sprawił, że na moich ramionach pojawiła się gęsia
skórka. Zaczęłam iść w stronę domu, pozostawiając Lionell'a przed drzwiami
kafejki. Kiedy chłopak zorientował się, że odchodzę dogonił mnie szybko.
- Gdzie tak pędzisz?
- zapytał z uśmiechem.
Miałam ochotę mu go zetrzeć z twarzy.
- Byle dalej od
ciebie. - odpowiedziałam złośliwie, na co on ponownie się zaśmiał.
- Odprowadzę cię...
tam... - powiedział.
Jaki tępy idiota, czy on nie rozumie, że mam go dość i chcę,
żeby w końcu zostawił mnie w spokoju?
Boże, jak ten facet mnie irytował... Ok, pogadaliśmy chwilę,
niby się już znamy, ale mam go po prostu dość. Przyspieszyłam krok, unosząc
wzrok ku niebu.
Cholerny wiatr. Było
mi tak zimno, że z trudem opanowałam drżące ciało.
- Zimno ci? - zapytał
Lionell, ściągając kurtkę.
Spojrzałam na niego jak na jakiegoś karalucha, miażdżąc
spojrzeniem. Nie, kurwa, jest mi gorąco.
- Nie, wcale. -
warknęłam sarkastycznie, obsesyjnie pocierając swoje ramiona.
- Weź. - powiedział
wciskając mi swoją kurtkę.
Zatrzymałam się i zmierzyłam go wzrokiem.
- Nie ma mowy. - powiedziałam ochryple. Nie mam
zamiaru mieć długu wdzięczności wobec nieznajomego kolesia, który nie dość, że
mnie irytuje to jeszcze jest okropnie natrętny.
- Będzie ci zimno. - argumentował.
- A tobie nie? -
warknęłam, nie mam zamiaru mieć długu wdzięczności wobec, bądź co bądź,
nieznajomego.
- Jakoś wytrzymam. –
co oni wszyscy mają z tym udowadnianiem swojej męskości? Przecież ani razu nie zdarzyło mi się
kwestionowanie jego płci.
- Jeśli wytrzymasz to
ja tym bardziej. – prychnęłam. – Nie chcę nic od ciebie.
Podszedł do mnie od tyłu i owinął kurtką. Jak można być tak
nieznośnym, zachowywał się gorzej niż dziecko. Zaczęłam się szamotać, próbując
wyswobodzić się z tego uścisku.
- Ogarnij się i
zabieraj to!- krzyknęłam.
W końcu udało mi się uwolnić. Stanęłam na
palcach i miażdżąc go spojrzeniem dałam mu z liścia w twarz. Nagle zrobił się
przy mnie dziwnie mały.
Osłupiał i chwycił
się za policzek, na którym pojawił się czerwony odcisk mojej łapki.
-Jak mówię „nie"
to znaczy „nie” i koniec.
Ogarnęła mnie nieopisana irytacja, kiedy ponownie się
zaśmiał.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz