czwartek, 6 sierpnia 2015

Drugie życie, part 2



Chyba żaden pacjent nie wywarł tak dużego znaczenia w życiu Maxa, jak ona. Być może to był błąd, lekarzowi nie powinno się przywiązywać do pacjenta, ale to było od niego silniejsze. Każdego dnia o niej myślał, przywoływał moment, w którym ją znalazł. Była taka zmaltretowana i krucha. Niosąc ją na rękach czuł, że musi za wszelką cenę uratować jej życie. Dlatego też, widząc jej blade, kontrastujące z brunatnoczerwonymi sińcami ciało, serce o mało co nie pękło mu z żalu. Miała prawo do życia, a ktoś, jakiś skończony sadysta jej to prawo odebrał. Tak bardzo chciał ją widzieć zdrową. Zobaczyć jeszcze kiedyś jej uśmiech, niezaprzątnięty myślami o tej tragedii. Opatrzność najwidoczniej stała po jego stronie, tydzień później stał się cud.
Siedział w pokoju lekarskim i jak co dzień podczas przerwy czytał gazetę. Nagle do gabinetu wbiegł jego koleżanka, cała rozpromieniona. Zaintrygowany oderwał wzrok od lektury.
- Max, obudziła się. - na te słowa mężczyzna poderwał się z fotela i z bijącym sercem udał się na oddział intensywnej terapii. Wparował do dobrze już sobie znanej sali nr 6 i przystanął przy łóżku najbliżej okna. Dostrzegł, że jej klatka samoistnie podnosi się i opada, co znaczyło, że sama oddycha, bez pomocy respiratora. Miała uchylone powieki, niemo poruszała ustami. Dwie pielęgniarki, które stały nad jej łóżkiem, uśmiechnęły się do siebie porozumiewawczo – one również żyły wydarzeniami związanymi właśnie z tą pacjentką. Robert zerknął na nie i zdołał jedynie wykrztusić:
- Dziękuję wam, czy mogłybyście mnie zostawić z nią sam na sam? - potaknęły głowami, dobrze wiedziały, jak on się o nią troszczył. Spodziewały się też, w jakim on może być teraz stanie. Zapewne nie chciał, by ktokolwiek psuł mu tę chwilę. Cichutko się ulotniły.
On wyciągnął spod łóżka biały taboret i na nim usiadł. Przybliżył się do niej i delikatnie ujął jej dłoń. Kciukiem potarł opatrunek, który osłaniał dren, był on niemalże większy niż jej piąstka. Patrzył na nią zaczarowany. Ona czując to, lekko przekręciła głowę w jego stronę, uśmiechnął się.
- Co... ja tu robię? - wychrypiała z wielkim trudem, jej twarz przeniknął grymas bólu. On ją powstrzymał, przykładając palec do ust.
- Spokojnie, jesteś w szpitalu na intensywnej terapii. Obudziłaś się z tygodniowej śpiączki. - nie posiadał się ze szczęścia. - Leż sobie, zaraz pielęgniarki się tobą zajmą. Wypoczywaj i niczym się nie martw.
- Tyyy... kim jesteś? - podniosła głowę, ale zaraz syknęła z bólu. Miała na niej bandaże i opatrunki.
- Teraz to nieistotne, Całe szczęście, że się wybudziłaś. Nie ruszaj się i nic nie mów. Nie obciążaj się. Na razie z tobą posiedzę. - oparł się łokciami o skraj materaca i uważnie obserwował, jak powoli zasypia i miarowo oddycha. Stał się cud. Prawdziwy cud. Jak na obrażenia jakie poniosła, wybudziła się zadziwiająco szybko. I najwspanialsze jest to, że w ogóle tak się stało. Tego dnia czuwał przy niej do końca swojej zmiany. Mark zgodził się go zastąpić. Nie miał serca odciągać Maxa od tej dziewczyny. Whitehouse znał już na pamięć jej rysy twarzy, która teraz była posiniaczona. Zawsze dbał, by miała ona jak najlepszą opiekę. Zżył się z nią i nie pozwalał nikomu innemu jej badać. Wolał sam czuwać nad nią, czuł się za nią wyjątkowo odpowiedzialny. Dlaczego? Zapewne przez to, że znalazł ją w tym fatalnym stanie, zdaną tylko na niego. Wtedy, gdy podniosła na niego zapłakane oczy, przepełnione cierpieniem wiedział, że nie spocznie, dopóki ona nie wyzdrowieje. Nawet nie chciał myśleć, co by się stało, gdyby się nie obudziła albo umarła jeszcze na stole... Nie dopuszczał do siebie takiej myśli.
Kilka dni od uzyskania przytomności poczuła się znacznie lepiej. Mogła już normalnie jeść i pić. Max czuł do niej respekt, tak wiele przeszła, a jednak potrafiła się podnieść. Stopniowo chciał ją ze sobą oswajać, nie chciał ją na razie czymkolwiek niepokoić. Gdy tylko miał chwile przerwy, biegł do niej na złamanie karku, lubił jej towarzystwo.
- Jak się dzisiaj czujesz? - jego standardowe pytanie, które zaczynało ją już trochę denerwować. Nie, żeby ta troskliwość jej przeszkadzała, wręcz przeciwnie, ale żeby pytać ciągle o to samo kilkanaście razy w ciągu dnia?
- Już mówiłam, że dobrze.
- Jak noga? - zerknął na ekranik, wszystkie parametry były prawidłowe.
- Swędzi. - zaśmiał się.
- To dobrze, powoli zaczyna się zrastać. A głowa? - nie odpuszczał.
- Panie doktorze, naprawdę jest mi lepiej. Dziękuję, że pan o to pyta. Bardzo to doceniam. - przyznała, a on wpatrując się w nią z błyskiem w oku, powiedział:
- Ciągle zwracasz się do mnie panie doktorze, panie doktorze. Skończmy z tym. Maximilian Whitehouse. - podał jej rękę, ona uniosła jedną brew zaskoczona. - Lekarz internista.
- Emma Ferguson. - delikatnie się uśmiechnęła. - Twoja pacjentka. - odwzajemnił uśmiech. - Wybacz, że spytam, ale z każdym z podopiecznych utrzymujesz kontakty koleżeńskie?
- Na ogół nie, jesteś wyjątkiem.
- Tym bardziej mi miło. - spojrzał na zegarek na przegubie ręki, wiedziała co się święci, gdy zdjął z karku stetoskop.
- Nie, znowu? - jęknęła niezadowolona.
- Tak, muszę wiedzieć, że twój stan nie uległ pogorszeniu. - podciągnęła się do pozycji siedzącej, on wstał i włożył słuchawki od przyrządu do uszu.
- Dzisiaj to już chyba piąty raz. - powiedziała z wyrzutem, na co Max pokręcił głową.
- Nie narzekaj, jak to mówią, lepiej zapobiegać niż leczyć. - wywróciła oczami, był uparty jak osioł, lecz mimo wszystko cieszyła się, że jest pod tak fachową opieką. Rozpięła dwa pierwsze guziki koszuli, by mógł ją osłuchać. Mimo, że nie robił jej nic specjalnego, nie czuła się zbyt pewnie, ten koszmar wciąż jej się przypominał. Starała się odgonić te myśli, przecież jest w szpitalu, tu podobno nie szkodzą a pomagają. Była jeszcze podłączona do komputera i miała kroplówkę. 'Nie zaszkodzi' – skwitował Max. Mężczyzna powoli i starannie ją badał. Korzystając z okazji bliżej mu się przyjrzała. Krótkie blond włosy, zielone oczy, proporcjonalny nos i usta. Do tego był wysoki, postawny. Musiała stwierdzić, że niewątpliwie był przystojny. Musiał lubić to, co robił, niezwykle delikatnie sprawdzał opatrunki i gips na jej lewej nodze. Był całkowicie skupiony na badaniu. Musiał być doskonale wykwalifikowanym lekarzem. Emma zastanawiała się tylko dlaczego on tak nad nią skacze, zauważyła, że nikomu z pacjentów nie poświęca tyle czasu i uwagi. To było dla niej obce, nie wiedziała co ma o tym myśleć. Pozostawiła to jednak bez odpowiedzi, musiała być przewrażliwiona. Od tamtego dnia była w tak złym stanie psychicznym, że zastanawiała się, czy przypadkiem nie zamkną jej w psychiatryku.
Jej rozmyślania przerwał Max, który podciągnął wyżej jej koszulę w celu obejrzenia potłuczonych żeber. Nieoczekiwanie zmroziło ją od środka, wydarzenia pamiętnej nocy odżyły. Odruchowo zasłoniła brzuch i odsunęła się możliwie najdalej od niego. Popatrzył na nią zdziwiony, lecz dostrzegając przerażenie w jej sarnich oczach, wszystko zrozumiał. Znajomy wyraz strachu i niepewności w jej orzechowych tęczówkach i jemu przyniósł na myśl feralny wieczór dwudziestego trzeciego kwietnia.
- Przepraszam. Chciałem sprawdzić, jak goją ci się żebra, ale to chyba dla ciebie za wcześnie. - odsunął się.
- To, to twój obowiązek. - jąkała się, miała podenerwowany głos. - Ale ja... - zmrużyła oczy. - To ciągle do mnie wraca. Jest mi ciężko. - po jej policzkach popłynęły łzy.
- Nie płacz. Rozumiem, że to jest niełatwe. - oddalił się w stronę drzwi. - Powrócimy do badania jak będziesz gotowa, chociaż wolałbym się upewnić co do ich stanu. - zerknął przez ramię. - Zostać z tobą czy wolisz pobyć sama?
- Dziękuję, ale chyba wolę jednak być sama. - nie chciała go obarczać swoimi problemami.
Po chwili już go nie było.
W drodze do oddziału ratunkowego myślał o dziewczynie. Wiele przeszła, to co się stało było jeszcze zbyt świeże. Pewnie musi upłynąć jeszcze bardzo wiele czasu, by mogła wrócić do stanu przed gwałtem, nie mówiąc nawet o możliwości zaufaniu drugiej osobie. Było mu jej żal, żal że trafiła na bestię, która za nic miała drugiego człowieka. Przykre, że tacy ludzie chodzą po świecie i zadając tak wiele cierpienia innym. Trzeba dać więcej czasu Emmie, teraz każde rutynowe badanie jest dla niej horrorem.
Czas leciał szybko i nim się obejrzał, minęły dwa tygodnie od uratowania dziewczyny. Nazajutrz miała wyjść ze szpitala, z oczywistym nakazem pozostania w łóżku i zakazem wykonywania jakichkolwiek prac aż do całkowitego wydobrzenia. Max trochę się o nią niepokoił, w pierwszym tygodniu była jako taka kontaktowa, ale od tego tygodnia stała się jeszcze bardziej zamknięta w sobie. Nie pomagały jej rozmowy z nim, odpowiadała krótko, tak jakby chciała dać mu do zrozumienia, że nie życzy sobie jego obecności. Często przyłapywał ją na zerkaniu w okno. Max wiedział, że przechodzi pewnie skrajne stany emocjonalne, więc dawał jej spokój.
8 maja udał się do jej sali z myślą, by przekazać wiadomość o powrocie do domu. Powinien się z tego cieszyć, przecież właśnie tego chciał: by dziewczyna wyzdrowiała. Tylko czemu ta informacja bardziej go martwiła niż cieszyła? Mimo lepszego stanu Emmy Max wolał jeszcze ją tu przetrzymać, mieć ją stale na oku. Poza tym, prześladowca mógł znowu dać o sobie znać. Bał się o nią i jej wytrzymałość psychiczną. Będąc w domu samemu, do głowy przychodzą różne rzeczy. Nie był też pewny, czy ktokolwiek będzie w stanie się nią opiekować. Stanął w drzwiach pomieszczenia i na powitanie uśmiechnął się do pacjentów leżących wraz z Ferguson. Podszedł do niej i znów zobaczył, że brunetka wpatruje się w okno. Jednak ona zauważyła jego wejście. Miała nieciekawą minę, zapadnięte policzki, nareszcie wygojone siniaki i rany. Ściągnięto jej z głowy opatrunek, dopiero teraz się zorientował, że dziewczyna ma długie brązowe włosy.
- Cześć. Mam dla ciebie dobrą wiadomość: możesz już wyjść ze szpitala. - miał nadzieję, że jego beztroski uśmiech jest wiarygodny.
- Tak? To świetnie. - mruknęła bez entuzjazmu nie patrząc mu w oczy.
- Muszę cię jeszcze przebadać, by móc cię z czystym sumieniem wypuścić ze szpitala.
- Oczywiście. - na te słowa Max zaczął sprawdzać jej blizny i opatrunki, gips na nodze, włącznie ze stłuczonymi żebrami.
- Ogólnie wszystko wraca do normy, nie ma już zagrożenia życia, uważam, że możesz spokojnie wracać. Czy jakiś krewny może przynieść ci ubrania na zmianę? - podniosła na niego nieprzytomny wzrok, jakby nie docierało do niej, co mężczyzna mówi.
- Chyba uda mi się coś dla ciebie załatwić. - wyszedł, by po dziesięciu minutach wrócić ze spodniami, bluzką, butami oraz bielizną.
- Powinny pasować. - wręczył jej poskładane równo rzeczy. Wytargował je u swojej znajomej, salowej ze szpitala. Kobieta zgodziła się pomóc w zamian za wspólne pójście na kawę. Emma znowu zaszczyciła go niemym spojrzeniem, cała jego radość z dokonanej 'transakcji' się ulotniła.
- Emma, co z tobą? Nie reagujesz na nic, co się dzieje? - powiedział z wyrzutem. Mogłaby chociaż udawać, że docenia jego wysiłek. Lecz Max wiedział, że nie w tym leży sedno. Ona bała się powrotu. Przez to nie potrafiła skupić się na pozytywnych aspektach wypisu, chociażby na polepszeniu się stanu zdrowia. Whitehouse coraz bardziej niepokoił się o Ferguson.
-Przepraszam, zamyśliłam się. - przyjęła ubrania. - Bardzo ci dziękuję, jak mam się za to wszystko odwdzięczyć?
- Nie ma sprawy, przyjmijmy, że to jest mój dobry uczynek. - uniósł kącik ust.
- Dziękuję. Za wszystko. - machnął dłonią.
- Za chwilę zjawi się wózek, zawiezie cię na dół, na recepcji otrzymasz potrzebne papiery. - pokiwała głową. On wyszedł na korytarz z mieszanymi uczuciami. Nie ma pieniędzy, ubrań, nikt jej nie odwiedza. Kartę pacjenta uzupełniano dopiero, gdy się wybudziła, zupełnie jakby cały świat nagle o niej zapomniał. Ani razu nikt jej nie odwiedził. To też na pewno wpływało na jej samopoczucie. Zbiegł do recepcji, chciał na koniec z nią porozmawiać. Gdy przyszedł, ona już tam była, przebrana. Miała zmęczony wyraz twarzy, była wyraźnie przygnębiona. Nie uspokajało go to. Zwrócił się do recepcjonistki.
- Pani Marleno, wszystko jest już gotowe?
- Tak, panie doktorze. - chcąc nie chcąc dostrzegł, że kobieta zbyt długo mu się przypatruje. Doprawdy nie wiedział, co się tak nagle odwidziało wszystkim pracownicom. Jak nie salowa, to pani z recepcji. Świetnie.
- Dziękuję. - tym razem Emma zwróciła kobiety w średnim już wieku. - Do widzenia. - Max pomógł jej wstać z wózka. Wzięła do ręki swój jedyny bagaż, jakim była teczka z dokumentami i skierowała się w stronę drzwi wyjściowych. Brunetka zwróciła się jeszcze w stronę mężczyzny.
- Dziękuję ci jeszcze raz. To dzięki tobie ja... - szybko jej przerwał.
- Nie przesadzaj. Masz jak wrócić do domu?
- Tak, poradzę sobie. Dzięki za troskę.
- Trzymaj kule. - podał je dziewczynie. - Za dwa tygodnie do konsultacji. Koniecznie.
- Postaram się. - mimo kuli udało jej się podać mu rękę.
- Do widzenia. - nieśmiało się uśmiechnęła, co było dla Maxa najlepszą możliwą zapłatą za włożony trud.
- Do widzenia i dużo zdrowia. Pamiętaj o wizycie. - potaknęła głową, po czy przekroczyła automatyczne drzwi. W tej chwili coś się skończyło, coś się zaczęło. Blondyn miał tylko nadzieję, że skończyło się wszystko co złe, a zaczęło to co dobre.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz