Chyba żaden pacjent nie wywarł tak dużego znaczenia w życiu Maxa, jak ona. Być może to był błąd, lekarzowi nie powinno się przywiązywać do pacjenta, ale to było od niego silniejsze. Każdego dnia o niej myślał, przywoływał moment, w którym ją znalazł. Była taka zmaltretowana i krucha. Niosąc ją na rękach czuł, że musi za wszelką cenę uratować jej życie. Dlatego też, widząc jej blade, kontrastujące z brunatnoczerwonymi sińcami ciało, serce o mało co nie pękło mu z żalu. Miała prawo do życia, a ktoś, jakiś skończony sadysta jej to prawo odebrał. Tak bardzo chciał ją widzieć zdrową. Zobaczyć jeszcze kiedyś jej uśmiech, niezaprzątnięty myślami o tej tragedii. Opatrzność najwidoczniej stała po jego stronie, tydzień później stał się cud.
Siedział w pokoju lekarskim i jak co
dzień podczas przerwy czytał gazetę. Nagle do gabinetu wbiegł
jego koleżanka, cała rozpromieniona. Zaintrygowany oderwał wzrok
od lektury.
- Max, obudziła się. - na te słowa
mężczyzna poderwał się z fotela i z bijącym sercem udał się na
oddział intensywnej terapii. Wparował do dobrze już sobie znanej
sali nr 6 i przystanął przy łóżku najbliżej okna. Dostrzegł,
że jej klatka samoistnie podnosi się i opada, co znaczyło, że
sama oddycha, bez pomocy respiratora. Miała uchylone powieki, niemo
poruszała ustami. Dwie pielęgniarki, które stały nad jej łóżkiem,
uśmiechnęły się do siebie porozumiewawczo – one również żyły
wydarzeniami związanymi właśnie z tą pacjentką. Robert zerknął
na nie i zdołał jedynie wykrztusić:
- Dziękuję wam, czy mogłybyście
mnie zostawić z nią sam na sam? - potaknęły głowami, dobrze
wiedziały, jak on się o nią troszczył. Spodziewały się też, w
jakim on może być teraz stanie. Zapewne nie chciał, by ktokolwiek
psuł mu tę chwilę. Cichutko się ulotniły.
On wyciągnął spod łóżka biały
taboret i na nim usiadł. Przybliżył się do niej i delikatnie ujął
jej dłoń. Kciukiem potarł opatrunek, który osłaniał dren, był
on niemalże większy niż jej piąstka. Patrzył na nią
zaczarowany. Ona czując to, lekko przekręciła głowę w jego
stronę, uśmiechnął się.
- Co... ja tu robię? - wychrypiała z
wielkim trudem, jej twarz przeniknął grymas bólu. On ją
powstrzymał, przykładając palec do ust.
- Spokojnie, jesteś w szpitalu na
intensywnej terapii. Obudziłaś się z tygodniowej śpiączki. - nie
posiadał się ze szczęścia. - Leż sobie, zaraz pielęgniarki się
tobą zajmą. Wypoczywaj i niczym się nie martw.
- Tyyy... kim jesteś? - podniosła
głowę, ale zaraz syknęła z bólu. Miała na niej bandaże i
opatrunki.
- Teraz to nieistotne, Całe szczęście,
że się wybudziłaś. Nie ruszaj się i nic nie mów. Nie obciążaj
się. Na razie z tobą posiedzę. - oparł się łokciami o skraj
materaca i uważnie obserwował, jak powoli zasypia i miarowo
oddycha. Stał się cud. Prawdziwy cud. Jak na obrażenia jakie
poniosła, wybudziła się zadziwiająco szybko. I najwspanialsze
jest to, że w ogóle tak się stało. Tego dnia czuwał przy niej do
końca swojej zmiany. Mark zgodził się go zastąpić. Nie miał
serca odciągać Maxa od tej dziewczyny. Whitehouse znał już na
pamięć jej rysy twarzy, która teraz była posiniaczona. Zawsze
dbał, by miała ona jak najlepszą opiekę. Zżył się z nią i nie
pozwalał nikomu innemu jej badać. Wolał sam czuwać nad nią, czuł
się za nią wyjątkowo odpowiedzialny. Dlaczego? Zapewne przez to,
że znalazł ją w tym fatalnym stanie, zdaną tylko na niego. Wtedy,
gdy podniosła na niego zapłakane oczy, przepełnione cierpieniem
wiedział, że nie spocznie, dopóki ona nie wyzdrowieje. Nawet nie
chciał myśleć, co by się stało, gdyby się nie obudziła albo
umarła jeszcze na stole... Nie dopuszczał do siebie takiej myśli.
Kilka dni od uzyskania przytomności
poczuła się znacznie lepiej. Mogła już normalnie jeść i pić.
Max czuł do niej respekt, tak wiele przeszła, a jednak potrafiła
się podnieść. Stopniowo chciał ją ze sobą oswajać, nie chciał
ją na razie czymkolwiek niepokoić. Gdy tylko miał chwile przerwy,
biegł do niej na złamanie karku, lubił jej towarzystwo.
- Jak się dzisiaj czujesz? - jego
standardowe pytanie, które zaczynało ją już trochę denerwować.
Nie, żeby ta troskliwość jej przeszkadzała, wręcz przeciwnie,
ale żeby pytać ciągle o to samo kilkanaście razy w ciągu dnia?
- Już mówiłam, że dobrze.
- Jak noga? - zerknął na ekranik,
wszystkie parametry były prawidłowe.
- Swędzi. - zaśmiał się.
- To dobrze, powoli zaczyna się
zrastać. A głowa? - nie odpuszczał.
- Panie doktorze, naprawdę jest mi
lepiej. Dziękuję, że pan o to pyta. Bardzo to doceniam. -
przyznała, a on wpatrując się w nią z błyskiem w oku,
powiedział:
- Ciągle zwracasz się do mnie panie
doktorze, panie doktorze. Skończmy z tym. Maximilian Whitehouse. -
podał jej rękę, ona uniosła jedną brew zaskoczona. - Lekarz
internista.
- Emma Ferguson. - delikatnie się
uśmiechnęła. - Twoja pacjentka. - odwzajemnił uśmiech. - Wybacz,
że spytam, ale z każdym z podopiecznych utrzymujesz kontakty
koleżeńskie?
- Na ogół nie, jesteś wyjątkiem.
- Tym bardziej mi miło. - spojrzał na
zegarek na przegubie ręki, wiedziała co się święci, gdy zdjął
z karku stetoskop.
- Nie, znowu? - jęknęła
niezadowolona.
- Tak, muszę wiedzieć, że twój stan
nie uległ pogorszeniu. - podciągnęła się do pozycji siedzącej,
on wstał i włożył słuchawki od przyrządu do uszu.
- Dzisiaj to już chyba piąty raz. -
powiedziała z wyrzutem, na co Max pokręcił głową.
- Nie narzekaj, jak to mówią, lepiej
zapobiegać niż leczyć. - wywróciła oczami, był uparty jak
osioł, lecz mimo wszystko cieszyła się, że jest pod tak fachową
opieką. Rozpięła dwa pierwsze guziki koszuli, by mógł ją
osłuchać. Mimo, że nie robił jej nic specjalnego, nie czuła się
zbyt pewnie, ten koszmar wciąż jej się przypominał. Starała się
odgonić te myśli, przecież jest w szpitalu, tu podobno nie szkodzą
a pomagają. Była jeszcze podłączona do komputera i miała
kroplówkę. 'Nie zaszkodzi' – skwitował Max. Mężczyzna powoli i
starannie ją badał. Korzystając z okazji bliżej mu się
przyjrzała. Krótkie blond włosy, zielone oczy, proporcjonalny nos
i usta. Do tego był wysoki, postawny. Musiała stwierdzić, że
niewątpliwie był przystojny. Musiał lubić to, co robił,
niezwykle delikatnie sprawdzał opatrunki i gips na jej lewej nodze.
Był całkowicie skupiony na badaniu. Musiał być doskonale
wykwalifikowanym lekarzem. Emma zastanawiała się tylko dlaczego on
tak nad nią skacze, zauważyła, że nikomu z pacjentów nie
poświęca tyle czasu i uwagi. To było dla niej obce, nie wiedziała
co ma o tym myśleć. Pozostawiła to jednak bez odpowiedzi, musiała
być przewrażliwiona. Od tamtego dnia była w tak złym stanie
psychicznym, że zastanawiała się, czy przypadkiem nie zamkną jej
w psychiatryku.
Jej rozmyślania przerwał Max, który
podciągnął wyżej jej koszulę w celu obejrzenia potłuczonych
żeber. Nieoczekiwanie zmroziło ją od środka, wydarzenia pamiętnej
nocy odżyły. Odruchowo zasłoniła brzuch i odsunęła się
możliwie najdalej od niego. Popatrzył na nią zdziwiony, lecz
dostrzegając przerażenie w jej sarnich oczach, wszystko zrozumiał.
Znajomy wyraz strachu i niepewności w jej orzechowych tęczówkach i
jemu przyniósł na myśl feralny wieczór dwudziestego trzeciego
kwietnia.
- Przepraszam. Chciałem sprawdzić,
jak goją ci się żebra, ale to chyba dla ciebie za wcześnie. -
odsunął się.
- To, to twój obowiązek. - jąkała
się, miała podenerwowany głos. - Ale ja... - zmrużyła oczy. - To
ciągle do mnie wraca. Jest mi ciężko. - po jej policzkach
popłynęły łzy.
- Nie płacz. Rozumiem, że to jest
niełatwe. - oddalił się w stronę drzwi. - Powrócimy do badania
jak będziesz gotowa, chociaż wolałbym się upewnić co do ich
stanu. - zerknął przez ramię. - Zostać z tobą czy wolisz pobyć
sama?
- Dziękuję, ale chyba wolę jednak
być sama. - nie chciała go obarczać swoimi problemami.
Po chwili już go nie było.
W drodze do oddziału ratunkowego
myślał o dziewczynie. Wiele przeszła, to co się stało było
jeszcze zbyt świeże. Pewnie musi upłynąć jeszcze bardzo wiele
czasu, by mogła wrócić do stanu przed gwałtem, nie mówiąc nawet
o możliwości zaufaniu drugiej osobie. Było mu jej żal, żal że
trafiła na bestię, która za nic miała drugiego człowieka.
Przykre, że tacy ludzie chodzą po świecie i zadając tak wiele
cierpienia innym. Trzeba dać więcej czasu Emmie, teraz każde
rutynowe badanie jest dla niej horrorem.
Czas leciał szybko i nim się
obejrzał, minęły dwa tygodnie od uratowania dziewczyny. Nazajutrz
miała wyjść ze szpitala, z oczywistym nakazem pozostania w łóżku
i zakazem wykonywania jakichkolwiek prac aż do całkowitego
wydobrzenia. Max trochę się o nią niepokoił, w pierwszym tygodniu
była jako taka kontaktowa, ale od tego tygodnia stała się jeszcze
bardziej zamknięta w sobie. Nie pomagały jej rozmowy z nim,
odpowiadała krótko, tak jakby chciała dać mu do zrozumienia, że
nie życzy sobie jego obecności. Często przyłapywał ją na
zerkaniu w okno. Max wiedział, że przechodzi pewnie skrajne stany
emocjonalne, więc dawał jej spokój.
8 maja udał się do jej sali z myślą,
by przekazać wiadomość o powrocie do domu. Powinien się z tego
cieszyć, przecież właśnie tego chciał: by dziewczyna
wyzdrowiała. Tylko czemu ta informacja bardziej go martwiła niż
cieszyła? Mimo lepszego stanu Emmy Max wolał jeszcze ją tu
przetrzymać, mieć ją stale na oku. Poza tym, prześladowca mógł
znowu dać o sobie znać. Bał się o nią i jej wytrzymałość
psychiczną. Będąc w domu samemu, do głowy przychodzą różne
rzeczy. Nie był też pewny, czy ktokolwiek będzie w stanie się nią
opiekować. Stanął w drzwiach pomieszczenia i na powitanie
uśmiechnął się do pacjentów leżących wraz z Ferguson. Podszedł
do niej i znów zobaczył, że brunetka wpatruje się w okno. Jednak
ona zauważyła jego wejście. Miała nieciekawą minę, zapadnięte
policzki, nareszcie wygojone siniaki i rany. Ściągnięto jej z
głowy opatrunek, dopiero teraz się zorientował, że dziewczyna ma
długie brązowe włosy.
- Cześć. Mam dla ciebie dobrą
wiadomość: możesz już wyjść ze szpitala. - miał nadzieję, że
jego beztroski uśmiech jest wiarygodny.
- Tak? To świetnie. - mruknęła bez
entuzjazmu nie patrząc mu w oczy.
- Muszę cię jeszcze przebadać, by
móc cię z czystym sumieniem wypuścić ze szpitala.
- Oczywiście. - na te słowa Max
zaczął sprawdzać jej blizny i opatrunki, gips na nodze, włącznie
ze stłuczonymi żebrami.
- Ogólnie wszystko wraca do normy, nie
ma już zagrożenia życia, uważam, że możesz spokojnie wracać.
Czy jakiś krewny może przynieść ci ubrania na zmianę? -
podniosła na niego nieprzytomny wzrok, jakby nie docierało do niej,
co mężczyzna mówi.
- Chyba uda mi się coś dla ciebie
załatwić. - wyszedł, by po dziesięciu minutach wrócić ze
spodniami, bluzką, butami oraz bielizną.
- Powinny pasować. - wręczył jej
poskładane równo rzeczy. Wytargował je u swojej znajomej, salowej
ze szpitala. Kobieta zgodziła się pomóc w zamian za wspólne
pójście na kawę. Emma znowu zaszczyciła go niemym spojrzeniem,
cała jego radość z dokonanej 'transakcji' się ulotniła.
- Emma, co z tobą? Nie reagujesz na
nic, co się dzieje? - powiedział z wyrzutem. Mogłaby chociaż
udawać, że docenia jego wysiłek. Lecz Max wiedział, że nie w tym
leży sedno. Ona bała się powrotu. Przez to nie potrafiła skupić
się na pozytywnych aspektach wypisu, chociażby na polepszeniu się
stanu zdrowia. Whitehouse coraz bardziej niepokoił się o Ferguson.
-Przepraszam, zamyśliłam się. -
przyjęła ubrania. - Bardzo ci dziękuję, jak mam się za to
wszystko odwdzięczyć?
- Nie ma sprawy, przyjmijmy, że to
jest mój dobry uczynek. - uniósł kącik ust.
- Dziękuję. Za wszystko. - machnął
dłonią.
- Za chwilę zjawi się wózek,
zawiezie cię na dół, na recepcji otrzymasz potrzebne papiery. -
pokiwała głową. On wyszedł na korytarz z mieszanymi uczuciami.
Nie ma pieniędzy, ubrań, nikt jej nie odwiedza. Kartę pacjenta
uzupełniano dopiero, gdy się wybudziła, zupełnie jakby cały
świat nagle o niej zapomniał. Ani razu nikt jej nie odwiedził. To
też na pewno wpływało na jej samopoczucie. Zbiegł do recepcji,
chciał na koniec z nią porozmawiać. Gdy przyszedł, ona już tam
była, przebrana. Miała zmęczony wyraz twarzy, była wyraźnie
przygnębiona. Nie uspokajało go to. Zwrócił się do
recepcjonistki.
- Pani Marleno, wszystko jest już
gotowe?
- Tak, panie doktorze. - chcąc nie
chcąc dostrzegł, że kobieta zbyt długo mu się przypatruje.
Doprawdy nie wiedział, co się tak nagle odwidziało wszystkim
pracownicom. Jak nie salowa, to pani z recepcji. Świetnie.
- Dziękuję. - tym razem Emma zwróciła
kobiety w średnim już wieku. - Do widzenia. - Max pomógł jej
wstać z wózka. Wzięła do ręki swój jedyny bagaż, jakim była
teczka z dokumentami i skierowała się w stronę drzwi wyjściowych.
Brunetka zwróciła się jeszcze w stronę mężczyzny.
- Dziękuję ci jeszcze raz. To dzięki
tobie ja... - szybko jej przerwał.
- Nie przesadzaj. Masz jak wrócić do
domu?
- Tak, poradzę sobie. Dzięki za
troskę.
- Trzymaj kule. - podał je
dziewczynie. - Za dwa tygodnie do konsultacji. Koniecznie.
- Postaram się. - mimo kuli udało jej
się podać mu rękę.
- Do widzenia. - nieśmiało się
uśmiechnęła, co było dla Maxa najlepszą możliwą zapłatą za
włożony trud.
- Do widzenia i dużo zdrowia. Pamiętaj
o wizycie. - potaknęła głową, po czy przekroczyła automatyczne
drzwi. W tej chwili coś się skończyło, coś się zaczęło.
Blondyn miał tylko nadzieję, że skończyło się wszystko co złe,
a zaczęło to co dobre.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz