~ część.8
(Maciek)
Dzwoniąc do Nikodema wieczorem usłyszałem w słuchawce damski głos, który oznajmił mi, że jego tymczasowa posiadaczka zabrała go Buremu i poleciła nam obu przyjechać pod ten sam adres, pod który dowieźliśmy Martikę. Zauroczonemu chłoptasiowi nie wpadło do głowy, żeby przed jazdą sprawdzić wszystkie kieszenie. Czasami mam wrażenie, że mam do czynienia z dwuletnimi, niezbyt rozgarniętymi cielątkami. Niby jakim cudem Robert ma się dostać na prawo, a Niko na medycynę? Przecież oni się zgubią już w drodze na wykłady... Chcąc nie chcąc zwlokłem swoje spocone na trzydziestostopniowych upale cielsko i wyprowadziłem na zewnątrz moje trofeum. Piętnaście minut później byłem już u Jakubika. Z rozdrażnieniem zdusiłem guziczek domofonu.
Słońce równo dopiekało, a ja już wizualizowałem sobie wszelkie sposoby kary, jakie wymierzę mojemu drogiemu kumplowi. Zjawił się po kilku minutach, gdy ja już zdążyłem się roztopić. Widząc jego uśmiechnięty ryj, już widziałem na nim piękne, fioletowe placki, oczywiście mojego autorstwa.
-Ile można czekać?! Nie wiesz, że jest cholernie gorąco? - warknąłem na przywitanie.
-Też miło mi cię widzieć. - rzucił sceptycznie. - O co się rozchodzi? - czułem, jak podkoszulka przykleja się do moich pleców, a twarz zalewa pot.
-Nikodemie, moja droga ciamajdo, gdzie masz telefon? - podrapał się po karku, na znak że się zastanawia. Wyczytałem z jego twarzy, że lokalizacja jego komórki jest mu nieznana.
- Nie wiem, od wczoraj nie mogę jej znaleźć.
-Przypominasz sobie laskę, którą zapakowałeś do taksówki? Ona wzięła ci telefon. A teraz się zbieraj, jedziemy po niego.
- Żartujesz? W taki upał? Nie chce mi się.
Gdyby mój wzrok mógł zabijać, Bury już dawno padłby trupem.
- Masz pięć minut by wsiąść na moto. Czas start. - ostentacyjnie zerknąłem na zegarek. Blondyn głośno westchnął, przez 4 lata naszej znajomości, czyli od czasów gimnazjum, nauczył się, że ja NIGDY nie zmieniam zdania.
Chwilę później zamykał za sobą furtkę. Nie mogłem się powstrzymać od jakiegoś ciętego komentarza na widok jego niczym nie odsłoniętej klatki.
- Te, suchoklatesie załóż coś na siebie, by przechodniów nie straszyć!
- Dziki, zajmij się sobą, bo na siłce cię od miesiąca nie widziałem. - trafił w sedno. Gdyby nie ostateczne poprawki końcoworoczne i dopieszczanie sprzętu to zapewne już nieźle wyrobiłbym sobie łapy i plecy. Lecz jak to mówią: co się odwlecze to nie uciecze. Przede mną w końcu całe wakacje. Bez słowa odkręciłem manetkę, by w końcu odebrać zgubę.
W świetle dnia dom Martiki wydawał się być o wiele większy, miał kolor brzoskwiniowy, przed nim rozpościerał się zadbany trawnik i mnóstwo rabat z kwiatami. Brama akurat była otwarta, miałem nadzieję, że o tej porze zastaniemy kogoś w domu. W końcu dochodziła już 20:00.
Zapukałem w dębowe drzwi. Dopiero po minucie otworzyła nam je miedzianowłosa dziewczyna.
- Martika! Miło cię widzieć. - krzyknął radośnie Bury, a jego usta rozciągnęły się w głupawym uśmiechu. Oho, zaczyna się. Oparłem się o ścianę, przewracając oczami.
Nastolatka niepewnie na nas popatrzyła, nie była zachwycona z naszej wizyty.
- O, to wy... - uchyliła szerzej drzwi i zaprosiła nas do środka. - Zapewne po telefon. Wchodźcie.
Będąc już w przestronnym holu, z głębi salonu wyłoniła się niewysoka blondynka. Podeszła w naszą stronę.
- Cześć. Jestem Karolina. - podała nam obu rękę, którą niepewnie ścisnąłem. - To z tobą mówiłam przez telefon? - kiwnąłem głową.
- Taa... - rzuciłem przeciągle - Weźmiemy tylko komórkę i spadamy.
- Może zostaniecie na chwilę? Chcecie się czegoś napić? Coli, soku?
- Masz coś mocniejszego? - zapytałem, a widząc jak laski patrzą na siebie, parsknąłem.- Żartowałem. Nie trzeba, my musimy... -
- W sumie to napiłbym się coli z lodem. - Nikodemowi nagle wróciło mowę. Super. Bo ja nie mam czego robić w domu.
- Zapraszam. - dziwnie rozpromieniona Karolina poprowadziła nas przez salon do kuchni, czystej niczym sala laboratoryjna. Wyciągnęła butelkę z lodówki i szklanki.
- Karo, ja idę do siebie. Jakbyś coś potrzebowała, to wołaj. - powiedziała Martika i już jej nie było. Zostałem skazany na ich towarzystwo.
- Przepraszam za kłopoty. Zwracam zgubę. - położyła na nieskazitelnym blacie stołu komórkę.
- Znasz już pewnie wszystkie moje wiadomości. - rzucił Bury, a blondynka roześmiała się, jakby to był najlepszym usłyszany przez nią dowcip w życiu.
- Nie no, nawet nie przyszło mi to do głowy. - taksowała go wzrokiem, nawijając kosmyk włosów na palec. No nie wierzę. Ona na niego leci, z kolei on buja się w jej przyjaciółce! Co za paradoks. To po to kazała mi przyjechać z Jakubikiem, żeby sobie z nim mogła poflirtować. To w takim razie po co ja tu jestem? Co dla mnie zaplanowano? Już wiedziałem z kim mam do czynienia. Z głupimi panienkami, które lecą na ładną buźkę. Chciałem jak najszybciej wrócić do domu.
Minuty upływały, a Nikodem dalej romansował z blondyną, z tą różnicą, że nie patrzył na nią maślanym wzrokiem tak jak ona na niego. Okazywał jej uprzejme zainteresowanie, też zorientował się w planach dziewczyny.
Cola wypita, a ja się nudzę jak mops.
- Karolina, gdzie jest Martika? - no z dwojga złego to już wolałem jej milczenie.
Niechętnie oderwała wzrok od Burego.
- Przejdź przez salon, schodami do góry i gdy będziesz już w korytarzu, drugie drzwi po lewej. - odparła beznamiętnym tonem.
- Dzięki. - poprawiłem spodenki i podążyłem zgodnie ze wskazówkami Karoliny.
Przy okazji zerknąłem na zdjęcia, zawieszone na ścianach na piętrze. Przedstawiały płomiennowłosą w różnym wieku, jako małego przedszkolnego krasnala, pilną uczennicę z dyplomem ukończenia szkoły podstawowej i absolwentkę gimnazjum, były też różne zdjęcia z podróży, o ile się nie mylę z Brazylii i Londynu. Na każdym z nich uśmiechnięta, ze swoją charakterystyczną burzą krwistoczerwonych loków. Była też całkiem pokaźna kolekcja dyplomów, głównie za wyróżnienia z olimpiad z języka angielskiego i francuskiego. W końcu zdecydowałem się zapukać w białe drzwi. Odpowiedziało mi ciche 'proszę'.
Wszedłem do średniej wielkości sypialni w kolorze przytłumionej szarości, której ściany były obklejone całą masą plakatów ulubionych wykonawców, takich jak Green Day, Nickelback, 3 Doors Down, Aerosmith, Metallicy, Rhapsody of Fire, starego polskiego Dżemu i...
- Hey? - odwróciłem się w stronę dziewczyny siedzącej po turecku na łóżku. - Myślałem, że już nikt tego nie słucha.
- To widocznie się myliłeś. - założyła włosy za ucho i znów pogrążyła się w lekturze. Wokół niej leżały książki i zeszyty.
- Nie no żartuję, sam jeszcze do tego wracam... - przysiadłem bliżej niej na fotelu obok. - Czekaj, czekaj, jak to leciało... ,,Gdyby chociaż mucha zjawiła się...,, - zanuciłem cichutko, wpatrując się w jej stalowe tęczówki - ,,Mogłabym ją zabić, a później to opisać,, - próbowałem naśladować charakterystyczną chrypliwą barwę głosu pani Nosowskiej, chyba wyszło mi nieźle, bo Martika lekko uniosła kąciki ust. Obrzuciła mnie przenikliwym wzrokiem, po czym uniosła brwi.
- Ładnie. - przerzuciła kartkę podręcznika. - Naprawdę? Hey? Myślałam, że już nikt tego nie słucha. - uśmiechnąłem się. - No oczywiście poza mną.
- Masz ciekawy gust. Mogę ci jeszcze polecić Epicę i Rammstein. Też coś podobnego typu. - teraz jej twarz nabrała wyrazu dogłębnego zdziwienia. - No co?
- Jakim niby cudem podobają ci się te same zespoły co mnie?
- Zawsze mówiono mi, że mam mroczną i artystyczną duszę. - dla lepszego efektu złapałem się za serce, na co ona tylko parsknęła.
- Może coś w tym jest? Ale teraz muszę cię chyba przeprosić, bo mam sporo nauki przez wczorajsze... - tu zwiesiła na chwilę głos. - ...przygody.
- A co zakuwasz? - zerknąłem przez ramię i odwróciłem okładkę. - No nie, matma?
- Daj mi spokój, te cholerne funkcje są dla obłąkanych. - głośno wypuściła powietrze.
- Miałem z nich plus piątkę. - mruknąłem pod nosem i zauważyłem katem oka, że piorunuje mnie wzrokiem. - Dziękuję za komplement.
- Nie ma za co. - przez chwilę zagryzła wargę i nad czymś się zastanawiała. Potem jednak jakby się zreflektowała i wróciła do czytania. Martika była zbyt dumna, by poprosić mnie o pomoc. Nastała cisza.
- No dobra, wytłumaczę ci to, ale nie jestem tani. - odłożyła notatnik.
- Co za to chcesz?
- Paczkę dobrych ciastek. Najlepiej z czekoladą i rodzynkami.
- Stoi. Dokładam drugą, jeśli zrobisz mi wszystkie zadania.
- Niech ci będzie. Poznaj moje chamskie serce. Leć po ciacha. - sięgnąłem po otwarty zeszyt i zerknąłem na przykłady. Zanim dziewczyna wróciła z moją zapłatą, ja już zdążyłem zrobić większą połowę przykładów. Oddając jej notatki, wytrzeszczyła oczy.
- Ty już tyle zrobiłeś? A ja się z tym męczę już drugą godzinę...
- Kwestia szybkiego opanowania zasad. Patrz. - przysiadłem na skraju łóżka i wskazując na poszczególne przykłady, wyjaśniłem jej materiał. Po kwadransie ona mogła śmigać z zadaniami, a ja otwierałem drugą paczkę łakoci. Martika od razu sięgnęła po ciastko.
- Ej, to chyba miała być moja nagroda? - zwróciłem jej uwagę wielce obrażony.
Wzruszyła ramionami.
- Trzeba było je od razu schować, a nie trzymać pod ręką. Przy mnie nie przetrzymuje się słodyczy. - powiedziała, wrzucając przybory do czarnej torby. - Na szczęście już koniec na dziś. Należą ci się gratulacje, wytłumaczenie mi matematyki jest porównywane do zdobycia Mount Everestu. - dopiłem kawę, którą w międzyczasie nam zrobiła.
- Zatem mogę nazwać siebie geniuszem. Nic wielkiego, od zawsze to wiedziałem.
- Tylko żebyś w samozachwyt nie popadł. Niewiele ci brakuje od przepoczwarzenia się w nabzdyczonego kogucika.
- Nabzdyczonego kogucika? - powtórzyłem za nią. - To chyba największa brednia jaką słyszałem.
- Być może. Maciek... - nagle spoważniała. - Dzięki za wczoraj, no wiesz...
Zaczęła nerwowo wyginać palce.
- Nie ma sprawy, nie wracajmy już do tego. Ja też nie byłem zbyt wyrozumiały.
- Ale... - szybko jej przerwałem.
- Daj temu spokój. Naprawdę. - machnąłem ręką. - Nie roztrząsajmy tego. To ostatni raz.
Martika trochę wypogodniała.
- Nie chcę być dłużna. Dostałeś kawę i dwie paczki ciastek. Jesteśmy kwita.
- Jakie kwita. Wyjadłaś mi połowę... - pożaliłem się.
- Przynajmniej nie zgrubniesz.
- A ty? - zerknąłem na nią spod ukosa.
- Mi to nie grozi. - posłała mi przesłodzony uśmieszek. - Gorzej już być nie może.
- No w sumie... - zmrużyła oczy.
- Drań.
- Miło mi. - pewnie dalej prowadzilibyśmy tą miłą pogawędkę, gdyby nie pozostała dwójka, która weszła do pokoju.
- Dziki, zbieramy się. Musimy jeszcze wpaść do Roberta, bo coś mówił o wymianie świec żeby... mu pomóc. - był wymęczony towarzystwem Karoliny, czemu wcale się nie dziwiłem. Zapamięta chociaż na następny raz, że trzeba pilnować swoich rzeczy.
- Dzięki za kawę, Martika, cześć Karolina, niestety komu w drogę... - wstałem w łóżka. Za oknem już powoli zapadał zmrok. Nie ma się co dziwić, teraz prawdziwe ciemności nastają dopiero po dziesiątej wieczór.
- Jasne. - odburknęła niepocieszona blondynka. - Jeszcze się jakoś zgadamy.
- Czemu nie, miło było posiedzieć. Dobrej nocy. - gdy ucałował ją w policzek, dziewczyna o mało co nie zeszłaby na zawał.
- Dobra...noc. - wykrztusiła, a ja rzucając coś na pożegnanie do płomiennowłosej, wyszedłem na przyjemnie ciepłe, czerwcowe powietrze. Wokół słychać było koncert świerszczy i dobiegające z oddala poszczekiwania psów.
- Coś ty tam tyle robił sam na sam z Martiką w jej pokoju?
- Ty lepiej powiedz, jak się gawędziło z Karolą? - Bury przewrócił oczami.
- Szkoda gadać. Lepiła się do mnie lepiej niż mucha do miodu. Pod koniec głowa mnie tak napierdzielała, że myślałem że padnę trupem.
- Dobrze chociaż, że tamta się nie narzuca, można z nią normalnie pogadać.
- Tobie to się zawsze uda. Zazdroszczę ci, że mogłeś z nią spędzić chwilę samemu.
- Czyżbyś się w niej zakochał po niecałych dwóch dniach? Gdzie twój zdrowy rozsądek?
- Ma apetyczne ciałko. Wygląda na całkiem niezłą w te klocki. - wepchnąłem kluczyk do stacyjki.
- Nigdy nie dasz sobie spokoju?
- Myślę, że jeśli chodzi o nią, to nie warto dawać sobie spokoju. - powiedział, odpalając motocykl.
(Maciek)
Dzwoniąc do Nikodema wieczorem usłyszałem w słuchawce damski głos, który oznajmił mi, że jego tymczasowa posiadaczka zabrała go Buremu i poleciła nam obu przyjechać pod ten sam adres, pod który dowieźliśmy Martikę. Zauroczonemu chłoptasiowi nie wpadło do głowy, żeby przed jazdą sprawdzić wszystkie kieszenie. Czasami mam wrażenie, że mam do czynienia z dwuletnimi, niezbyt rozgarniętymi cielątkami. Niby jakim cudem Robert ma się dostać na prawo, a Niko na medycynę? Przecież oni się zgubią już w drodze na wykłady... Chcąc nie chcąc zwlokłem swoje spocone na trzydziestostopniowych upale cielsko i wyprowadziłem na zewnątrz moje trofeum. Piętnaście minut później byłem już u Jakubika. Z rozdrażnieniem zdusiłem guziczek domofonu.
Słońce równo dopiekało, a ja już wizualizowałem sobie wszelkie sposoby kary, jakie wymierzę mojemu drogiemu kumplowi. Zjawił się po kilku minutach, gdy ja już zdążyłem się roztopić. Widząc jego uśmiechnięty ryj, już widziałem na nim piękne, fioletowe placki, oczywiście mojego autorstwa.
-Ile można czekać?! Nie wiesz, że jest cholernie gorąco? - warknąłem na przywitanie.
-Też miło mi cię widzieć. - rzucił sceptycznie. - O co się rozchodzi? - czułem, jak podkoszulka przykleja się do moich pleców, a twarz zalewa pot.
-Nikodemie, moja droga ciamajdo, gdzie masz telefon? - podrapał się po karku, na znak że się zastanawia. Wyczytałem z jego twarzy, że lokalizacja jego komórki jest mu nieznana.
- Nie wiem, od wczoraj nie mogę jej znaleźć.
-Przypominasz sobie laskę, którą zapakowałeś do taksówki? Ona wzięła ci telefon. A teraz się zbieraj, jedziemy po niego.
- Żartujesz? W taki upał? Nie chce mi się.
Gdyby mój wzrok mógł zabijać, Bury już dawno padłby trupem.
- Masz pięć minut by wsiąść na moto. Czas start. - ostentacyjnie zerknąłem na zegarek. Blondyn głośno westchnął, przez 4 lata naszej znajomości, czyli od czasów gimnazjum, nauczył się, że ja NIGDY nie zmieniam zdania.
Chwilę później zamykał za sobą furtkę. Nie mogłem się powstrzymać od jakiegoś ciętego komentarza na widok jego niczym nie odsłoniętej klatki.
- Te, suchoklatesie załóż coś na siebie, by przechodniów nie straszyć!
- Dziki, zajmij się sobą, bo na siłce cię od miesiąca nie widziałem. - trafił w sedno. Gdyby nie ostateczne poprawki końcoworoczne i dopieszczanie sprzętu to zapewne już nieźle wyrobiłbym sobie łapy i plecy. Lecz jak to mówią: co się odwlecze to nie uciecze. Przede mną w końcu całe wakacje. Bez słowa odkręciłem manetkę, by w końcu odebrać zgubę.
W świetle dnia dom Martiki wydawał się być o wiele większy, miał kolor brzoskwiniowy, przed nim rozpościerał się zadbany trawnik i mnóstwo rabat z kwiatami. Brama akurat była otwarta, miałem nadzieję, że o tej porze zastaniemy kogoś w domu. W końcu dochodziła już 20:00.
Zapukałem w dębowe drzwi. Dopiero po minucie otworzyła nam je miedzianowłosa dziewczyna.
- Martika! Miło cię widzieć. - krzyknął radośnie Bury, a jego usta rozciągnęły się w głupawym uśmiechu. Oho, zaczyna się. Oparłem się o ścianę, przewracając oczami.
Nastolatka niepewnie na nas popatrzyła, nie była zachwycona z naszej wizyty.
- O, to wy... - uchyliła szerzej drzwi i zaprosiła nas do środka. - Zapewne po telefon. Wchodźcie.
Będąc już w przestronnym holu, z głębi salonu wyłoniła się niewysoka blondynka. Podeszła w naszą stronę.
- Cześć. Jestem Karolina. - podała nam obu rękę, którą niepewnie ścisnąłem. - To z tobą mówiłam przez telefon? - kiwnąłem głową.
- Taa... - rzuciłem przeciągle - Weźmiemy tylko komórkę i spadamy.
- Może zostaniecie na chwilę? Chcecie się czegoś napić? Coli, soku?
- Masz coś mocniejszego? - zapytałem, a widząc jak laski patrzą na siebie, parsknąłem.- Żartowałem. Nie trzeba, my musimy... -
- W sumie to napiłbym się coli z lodem. - Nikodemowi nagle wróciło mowę. Super. Bo ja nie mam czego robić w domu.
- Zapraszam. - dziwnie rozpromieniona Karolina poprowadziła nas przez salon do kuchni, czystej niczym sala laboratoryjna. Wyciągnęła butelkę z lodówki i szklanki.
- Karo, ja idę do siebie. Jakbyś coś potrzebowała, to wołaj. - powiedziała Martika i już jej nie było. Zostałem skazany na ich towarzystwo.
- Przepraszam za kłopoty. Zwracam zgubę. - położyła na nieskazitelnym blacie stołu komórkę.
- Znasz już pewnie wszystkie moje wiadomości. - rzucił Bury, a blondynka roześmiała się, jakby to był najlepszym usłyszany przez nią dowcip w życiu.
- Nie no, nawet nie przyszło mi to do głowy. - taksowała go wzrokiem, nawijając kosmyk włosów na palec. No nie wierzę. Ona na niego leci, z kolei on buja się w jej przyjaciółce! Co za paradoks. To po to kazała mi przyjechać z Jakubikiem, żeby sobie z nim mogła poflirtować. To w takim razie po co ja tu jestem? Co dla mnie zaplanowano? Już wiedziałem z kim mam do czynienia. Z głupimi panienkami, które lecą na ładną buźkę. Chciałem jak najszybciej wrócić do domu.
Minuty upływały, a Nikodem dalej romansował z blondyną, z tą różnicą, że nie patrzył na nią maślanym wzrokiem tak jak ona na niego. Okazywał jej uprzejme zainteresowanie, też zorientował się w planach dziewczyny.
Cola wypita, a ja się nudzę jak mops.
- Karolina, gdzie jest Martika? - no z dwojga złego to już wolałem jej milczenie.
Niechętnie oderwała wzrok od Burego.
- Przejdź przez salon, schodami do góry i gdy będziesz już w korytarzu, drugie drzwi po lewej. - odparła beznamiętnym tonem.
- Dzięki. - poprawiłem spodenki i podążyłem zgodnie ze wskazówkami Karoliny.
Przy okazji zerknąłem na zdjęcia, zawieszone na ścianach na piętrze. Przedstawiały płomiennowłosą w różnym wieku, jako małego przedszkolnego krasnala, pilną uczennicę z dyplomem ukończenia szkoły podstawowej i absolwentkę gimnazjum, były też różne zdjęcia z podróży, o ile się nie mylę z Brazylii i Londynu. Na każdym z nich uśmiechnięta, ze swoją charakterystyczną burzą krwistoczerwonych loków. Była też całkiem pokaźna kolekcja dyplomów, głównie za wyróżnienia z olimpiad z języka angielskiego i francuskiego. W końcu zdecydowałem się zapukać w białe drzwi. Odpowiedziało mi ciche 'proszę'.
Wszedłem do średniej wielkości sypialni w kolorze przytłumionej szarości, której ściany były obklejone całą masą plakatów ulubionych wykonawców, takich jak Green Day, Nickelback, 3 Doors Down, Aerosmith, Metallicy, Rhapsody of Fire, starego polskiego Dżemu i...
- Hey? - odwróciłem się w stronę dziewczyny siedzącej po turecku na łóżku. - Myślałem, że już nikt tego nie słucha.
- To widocznie się myliłeś. - założyła włosy za ucho i znów pogrążyła się w lekturze. Wokół niej leżały książki i zeszyty.
- Nie no żartuję, sam jeszcze do tego wracam... - przysiadłem bliżej niej na fotelu obok. - Czekaj, czekaj, jak to leciało... ,,Gdyby chociaż mucha zjawiła się...,, - zanuciłem cichutko, wpatrując się w jej stalowe tęczówki - ,,Mogłabym ją zabić, a później to opisać,, - próbowałem naśladować charakterystyczną chrypliwą barwę głosu pani Nosowskiej, chyba wyszło mi nieźle, bo Martika lekko uniosła kąciki ust. Obrzuciła mnie przenikliwym wzrokiem, po czym uniosła brwi.
- Ładnie. - przerzuciła kartkę podręcznika. - Naprawdę? Hey? Myślałam, że już nikt tego nie słucha. - uśmiechnąłem się. - No oczywiście poza mną.
- Masz ciekawy gust. Mogę ci jeszcze polecić Epicę i Rammstein. Też coś podobnego typu. - teraz jej twarz nabrała wyrazu dogłębnego zdziwienia. - No co?
- Jakim niby cudem podobają ci się te same zespoły co mnie?
- Zawsze mówiono mi, że mam mroczną i artystyczną duszę. - dla lepszego efektu złapałem się za serce, na co ona tylko parsknęła.
- Może coś w tym jest? Ale teraz muszę cię chyba przeprosić, bo mam sporo nauki przez wczorajsze... - tu zwiesiła na chwilę głos. - ...przygody.
- A co zakuwasz? - zerknąłem przez ramię i odwróciłem okładkę. - No nie, matma?
- Daj mi spokój, te cholerne funkcje są dla obłąkanych. - głośno wypuściła powietrze.
- Miałem z nich plus piątkę. - mruknąłem pod nosem i zauważyłem katem oka, że piorunuje mnie wzrokiem. - Dziękuję za komplement.
- Nie ma za co. - przez chwilę zagryzła wargę i nad czymś się zastanawiała. Potem jednak jakby się zreflektowała i wróciła do czytania. Martika była zbyt dumna, by poprosić mnie o pomoc. Nastała cisza.
- No dobra, wytłumaczę ci to, ale nie jestem tani. - odłożyła notatnik.
- Co za to chcesz?
- Paczkę dobrych ciastek. Najlepiej z czekoladą i rodzynkami.
- Stoi. Dokładam drugą, jeśli zrobisz mi wszystkie zadania.
- Niech ci będzie. Poznaj moje chamskie serce. Leć po ciacha. - sięgnąłem po otwarty zeszyt i zerknąłem na przykłady. Zanim dziewczyna wróciła z moją zapłatą, ja już zdążyłem zrobić większą połowę przykładów. Oddając jej notatki, wytrzeszczyła oczy.
- Ty już tyle zrobiłeś? A ja się z tym męczę już drugą godzinę...
- Kwestia szybkiego opanowania zasad. Patrz. - przysiadłem na skraju łóżka i wskazując na poszczególne przykłady, wyjaśniłem jej materiał. Po kwadransie ona mogła śmigać z zadaniami, a ja otwierałem drugą paczkę łakoci. Martika od razu sięgnęła po ciastko.
- Ej, to chyba miała być moja nagroda? - zwróciłem jej uwagę wielce obrażony.
Wzruszyła ramionami.
- Trzeba było je od razu schować, a nie trzymać pod ręką. Przy mnie nie przetrzymuje się słodyczy. - powiedziała, wrzucając przybory do czarnej torby. - Na szczęście już koniec na dziś. Należą ci się gratulacje, wytłumaczenie mi matematyki jest porównywane do zdobycia Mount Everestu. - dopiłem kawę, którą w międzyczasie nam zrobiła.
- Zatem mogę nazwać siebie geniuszem. Nic wielkiego, od zawsze to wiedziałem.
- Tylko żebyś w samozachwyt nie popadł. Niewiele ci brakuje od przepoczwarzenia się w nabzdyczonego kogucika.
- Nabzdyczonego kogucika? - powtórzyłem za nią. - To chyba największa brednia jaką słyszałem.
- Być może. Maciek... - nagle spoważniała. - Dzięki za wczoraj, no wiesz...
Zaczęła nerwowo wyginać palce.
- Nie ma sprawy, nie wracajmy już do tego. Ja też nie byłem zbyt wyrozumiały.
- Ale... - szybko jej przerwałem.
- Daj temu spokój. Naprawdę. - machnąłem ręką. - Nie roztrząsajmy tego. To ostatni raz.
Martika trochę wypogodniała.
- Nie chcę być dłużna. Dostałeś kawę i dwie paczki ciastek. Jesteśmy kwita.
- Jakie kwita. Wyjadłaś mi połowę... - pożaliłem się.
- Przynajmniej nie zgrubniesz.
- A ty? - zerknąłem na nią spod ukosa.
- Mi to nie grozi. - posłała mi przesłodzony uśmieszek. - Gorzej już być nie może.
- No w sumie... - zmrużyła oczy.
- Drań.
- Miło mi. - pewnie dalej prowadzilibyśmy tą miłą pogawędkę, gdyby nie pozostała dwójka, która weszła do pokoju.
- Dziki, zbieramy się. Musimy jeszcze wpaść do Roberta, bo coś mówił o wymianie świec żeby... mu pomóc. - był wymęczony towarzystwem Karoliny, czemu wcale się nie dziwiłem. Zapamięta chociaż na następny raz, że trzeba pilnować swoich rzeczy.
- Dzięki za kawę, Martika, cześć Karolina, niestety komu w drogę... - wstałem w łóżka. Za oknem już powoli zapadał zmrok. Nie ma się co dziwić, teraz prawdziwe ciemności nastają dopiero po dziesiątej wieczór.
- Jasne. - odburknęła niepocieszona blondynka. - Jeszcze się jakoś zgadamy.
- Czemu nie, miło było posiedzieć. Dobrej nocy. - gdy ucałował ją w policzek, dziewczyna o mało co nie zeszłaby na zawał.
- Dobra...noc. - wykrztusiła, a ja rzucając coś na pożegnanie do płomiennowłosej, wyszedłem na przyjemnie ciepłe, czerwcowe powietrze. Wokół słychać było koncert świerszczy i dobiegające z oddala poszczekiwania psów.
- Coś ty tam tyle robił sam na sam z Martiką w jej pokoju?
- Ty lepiej powiedz, jak się gawędziło z Karolą? - Bury przewrócił oczami.
- Szkoda gadać. Lepiła się do mnie lepiej niż mucha do miodu. Pod koniec głowa mnie tak napierdzielała, że myślałem że padnę trupem.
- Dobrze chociaż, że tamta się nie narzuca, można z nią normalnie pogadać.
- Tobie to się zawsze uda. Zazdroszczę ci, że mogłeś z nią spędzić chwilę samemu.
- Czyżbyś się w niej zakochał po niecałych dwóch dniach? Gdzie twój zdrowy rozsądek?
- Ma apetyczne ciałko. Wygląda na całkiem niezłą w te klocki. - wepchnąłem kluczyk do stacyjki.
- Nigdy nie dasz sobie spokoju?
- Myślę, że jeśli chodzi o nią, to nie warto dawać sobie spokoju. - powiedział, odpalając motocykl.
~ część.10
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz