~ część.6
(Maciek)
Stałem jak ostatni debil pośrodku toalet patrząc jak Martika wymierza kolesiowi prawy sierpowy, chwytając się jednocześnie za obolałą dłoń. Napastnik się zatoczył, burknął coś niezrozumiale pod nosem. Odblokowało mnie, gdy znowu zaczął uderzać do dziewczyny. Chwyciłem go w ułamku sekundy za poły kurtki i kolanem uderzyłem go w brzuch. Osunął się bezwładnie z jękiem. Tymczasem, próbując zwalczyć chęć mordu, złapałem dziewczynę na ramię i czym prędzej wyprowadziłem ją na zewnątrz. Płakała.
- Co to do kurwy nędzy było?! - krzyknąłem. - Gdzie jest Nikodem?! - Martika skuliła się, nie było jej wcale łatwiej.
- Ja nie wiem, jak to się stało, ja tylko... - ująłem jej podbródek, zmuszając ją do popatrzenia mi w oczy. Po policzkach ciekły jej łzy.
- Cicho, już po wszystkim. - trudno było stwierdzić, kogo chcę tymi słowami bardziej uspokoić: ją czy samego siebie? - Zdążył ci coś zrobić? Uderzył cię?
- Nie, tylko próbował obmacywać. - zaczęła się trząść. - Możemy już jechać do domu? - wyszeptała, starając opanować szloch.
- Nie możesz w takim stanie prowadzić, wtoczyłabyś się pod pierwszy lepszy samochód, pojedziesz ze mną. - poczułem się nagle za nią odpowiedzialny. To co widziałem, zbyt bardzo przypominało mi dawne czasy... Dziewczyna skinęła głową i powlokła się w stronę parkingu. Podałem jej chusteczki, lecz nie trudno było zauważyć, że coś było na rzeczy.
- Martika? - podbiegł do niej Bury. Spojrzał na mnie z przestrachem. - Maciek, o co chodzi?
- Daj spokój, wracamy. - nikt nie odważył się już drążyć tematu. Wsiadając na Triumpha, dziewczyna zapytała:
- A co z Hondą? - zapiąłem jej kask, sama nie byłaby w stanie tego zrobić trzęsącymi się wciąż dłońmi. Musiałem jednak przyznać, że jej opanowanie było imponujące.
- Tym się nie martw, kumple po niego przyjadą. - położyłem jej dłoń na ramieniu, mimowolnie się wzdrygnęła. - Wiem, że jest ci ciężko, ale nie musisz się już bać. Odwiozę cię pod sam dom.
- Dziękuję. - odpowiedziała tylko. naprawdę było mi jej żal, nie chciałem sobie nawet wyobrażać jej strachu, gdy koleś zaczął ją dotykać. Gdybym mógł cofnąć czas, od razu rozpierdoliłbym mu jego fałszywą mordę.
Zająłem swoje miejsce. Słyszałem jej oddech, wręcz czułem jej strach na swoich plecach.
- Obejmij mnie. - nakazałem, a ona bez słowa sprzeciwu przykleiła się do mnie. Nie dziwne, teraz zrobiłaby wszystko, co bym jej kazał.
Trochę nieswojo mi się jechało, wiedząc, że za tobą siedzi pasażerka, która mocno się ciebie przytrzymuje, wręcz ściska w pasie. Starałem się nie myśleć o dzisiejszym wieczorze, który mimo wygranej nie należał do udanych. Po uzyskaniu adresu Martiki próbowałem skupić się na jeździe, ale było to wręcz niewykonalne. wszystkie wspomnienia wróciły ze zdwojoną siłą, znów ogarnęło mi znajome poczucie bezsilności. To było ponad moje siły, myślałem że rany przeszłości się zagoiły. Najwidoczniej się myliłem, cholernie się myliłem.
Przystanęliśmy przy jej mieszkaniu, pomogłem jej zsiąść. Zaśmiała się pod nosem.
- Od kiedy ty jesteś taki szarmancki?
- Oh, przestań. Ja przecież zawsze jestem chodzącym ideałem. No już, zmykaj do siebie. - miałem nadzieję, że mój spokojny i rozluźniony wyraz twarzy jest w miarę przekonywujący.
- Dzięki. - wyszeptała, po czym podała mi kask. - Do zobaczenia. - pożegnała się z resztą, po czym zniknęła za wejściowymi drzwiami. Patrzyłem jeszcze dłuższą chwilę za nią.
- Dziki, co się wydarzyło wtedy, w klubie? Czemu była taka zapłakana?
- Martika była napastowana, jakiś zachlany gość chciał ją zgwałcić. - odparłem bezbarwnym tonem. Nie patrzyłem nawet na nich. Bałem się, że nie wytrzymam ich spojrzenia.
- O cholera... - zaklął Szybki.
- Zabiłbym sukinsyna. - warknął Bury.
- Ja też miałem taki zamiar. Jedźmy już do domu, niech ta pokręcona noc już się skończy.
Jeśli ktoś by pomyślał, że udało mi się szybko zasnąć, to grubo by się mylił.
***
Po kilku godzinach przywoływania ostatnich wydarzeń, wyczerpany i zmęczony wstałem. Tamtej nocy coś ewidentnie we mnie pękło. A ja tak bardzo nie chciałem powracać znowu do punktu wyjścia, do tych pieprzonych lat dzieciństwa. Tak bardzo chciałem, by ktoś w cudowny sposób pozbawił mnie tych nieprzyjemnych wspomnień, które już nieraz spędzały mi sen z powiek.
Ale już nie byłem tym samym dziesięciolatkiem, powoli wkraczałem w dorosłość. Przynajmniej tak myślałem. Ten incydent uświadomił mi, że jeszcze nie uporałem się z przeszłością. Ignorując tępy ból z tyłu czaszki, szybko przebrałem się w czyste ciuchy i bez śniadania wybrałem się do galerii na zakupy, chcąc oszczędzić sobie dalszych rozmyślań. Jeszcze niepotrzebnie zrobiłbym się strasznie sentymentalny. A tego było mi najmniej potrzeba.
Do domu dotarłem późnym popołudniem, torby z nowymi ubraniami rzuciłem na kanapę w salonie. Nastawiłem wodę na kawę, gdy mama zjawiła się w kuchni.
- Cześć synku - nie, nigdy jej nie wytłumaczę, że NIE JESTEM już przedszkolakiem, ale mniejsza. - Gdzie byłeś wczoraj? - zapytała mimochodem, grzebiąc w lodówce.
- Razem z chłopakami poszliśmy na kręgle. - klasyka banału. To aż dziwne, że moja rodzicielka wciąż w to wierzyła.
Położyła na blacie kubek lodów. Moich ulubionych.
- To z pewnością dobrze się bawiliście. - no tak, wprost kurwa zajebiście.
- Taaa... - westchnąłem, zalewając moją ukochaną kawę, czarną, bez mleka, z dwiema łyżeczkami cukru. Przystanęła na chwilę.
- Maciek, wiem, że się na nas gniewasz, ale zrozum, że...
- Dobra, to już nieważne. - pomyślałem o moim genialnym pomyśle. - Nie gniewam się. - podeszła w moją stronę i położyła dłoń na moim policzku. Zdusiłem chęć natychmiastowej ucieczki.
- Całe szczęście. Nie chciałabym, by mój jedyny syn chował do mnie urazę. Naprawdę nie łatwo nam było o tym zadecydować. - z rosnącym zażenowaniem patrzyłem w pełne miłości oczy swojej matki. Jak ona potrafiła kochać takiego skurwiela bez jakichkolwiek uczuć jak ja? Dziwne ciepło wdarło się do mojego zlodowaciałego serca. Najdelikatniej jak potrafiłem ująłem dłoń wciąż pięknej i zadbanej 42-latki.
- Nie gniewam się, mamo, naprawdę. - zamknąłem jej dłoń w swoich, dla upewnienia się jeszcze raz szybko przeanalizowałem mój plan usunięcia się z liceum w Puławach. Uśmiechnęła się promiennie, a jej twarz wyraźnie się rozpogodziła.
- Zobaczysz, jeszcze będzie dobrze. - jak bardzo chciałem uwierzyć w te słowa... Wysiliłem się na odwzajemnienie uśmiechu. Teraz lepiej nie palić za sobą mostów, mama mogła stać się moim sojusznikiem.
- Nie pozostało mi nic innego, jak uwierzyć ci na słowo. - ucałowałem wierzch jej dłoni, na co roześmiała się.
- Może mój dżentelmen zgodzi się zjeść ze mną wyśmienite lody waniliowe z akompaniamentem jakiegoś filmu akcji? - siła wyższa, musiałem się zgodzić.
- Jasne mamo. - zabrałem ze sobą kawę i usadawiając się na kanapie, włączyłem plazmę. - To co mamy w repertuarze? - brunetka położyła dwie salaterki i pudełko lodów na niskim stoliku, po czym zerknęła na okładkę płyty.
- 'Szybcy i wściekli 5'. Może być? - zaczęła nakładać nam porcje.
- Zapowiada się obiecująco. - włożyłem płytę do odtwarzacza i zajadając lody, zapatrzyłem się w lecące na początku filmu reklamy sponsorów.
Co z tego, że oglądałem to już z pięćdziesiąt razy i znam na pamięć prawie każdą kwestię? W imię pozyskania koalicjanta i stworzenia pozytywnego wrażenia warto się było poświęcić.
(Maciek)
Stałem jak ostatni debil pośrodku toalet patrząc jak Martika wymierza kolesiowi prawy sierpowy, chwytając się jednocześnie za obolałą dłoń. Napastnik się zatoczył, burknął coś niezrozumiale pod nosem. Odblokowało mnie, gdy znowu zaczął uderzać do dziewczyny. Chwyciłem go w ułamku sekundy za poły kurtki i kolanem uderzyłem go w brzuch. Osunął się bezwładnie z jękiem. Tymczasem, próbując zwalczyć chęć mordu, złapałem dziewczynę na ramię i czym prędzej wyprowadziłem ją na zewnątrz. Płakała.
- Co to do kurwy nędzy było?! - krzyknąłem. - Gdzie jest Nikodem?! - Martika skuliła się, nie było jej wcale łatwiej.
- Ja nie wiem, jak to się stało, ja tylko... - ująłem jej podbródek, zmuszając ją do popatrzenia mi w oczy. Po policzkach ciekły jej łzy.
- Cicho, już po wszystkim. - trudno było stwierdzić, kogo chcę tymi słowami bardziej uspokoić: ją czy samego siebie? - Zdążył ci coś zrobić? Uderzył cię?
- Nie, tylko próbował obmacywać. - zaczęła się trząść. - Możemy już jechać do domu? - wyszeptała, starając opanować szloch.
- Nie możesz w takim stanie prowadzić, wtoczyłabyś się pod pierwszy lepszy samochód, pojedziesz ze mną. - poczułem się nagle za nią odpowiedzialny. To co widziałem, zbyt bardzo przypominało mi dawne czasy... Dziewczyna skinęła głową i powlokła się w stronę parkingu. Podałem jej chusteczki, lecz nie trudno było zauważyć, że coś było na rzeczy.
- Martika? - podbiegł do niej Bury. Spojrzał na mnie z przestrachem. - Maciek, o co chodzi?
- Daj spokój, wracamy. - nikt nie odważył się już drążyć tematu. Wsiadając na Triumpha, dziewczyna zapytała:
- A co z Hondą? - zapiąłem jej kask, sama nie byłaby w stanie tego zrobić trzęsącymi się wciąż dłońmi. Musiałem jednak przyznać, że jej opanowanie było imponujące.
- Tym się nie martw, kumple po niego przyjadą. - położyłem jej dłoń na ramieniu, mimowolnie się wzdrygnęła. - Wiem, że jest ci ciężko, ale nie musisz się już bać. Odwiozę cię pod sam dom.
- Dziękuję. - odpowiedziała tylko. naprawdę było mi jej żal, nie chciałem sobie nawet wyobrażać jej strachu, gdy koleś zaczął ją dotykać. Gdybym mógł cofnąć czas, od razu rozpierdoliłbym mu jego fałszywą mordę.
Zająłem swoje miejsce. Słyszałem jej oddech, wręcz czułem jej strach na swoich plecach.
- Obejmij mnie. - nakazałem, a ona bez słowa sprzeciwu przykleiła się do mnie. Nie dziwne, teraz zrobiłaby wszystko, co bym jej kazał.
Trochę nieswojo mi się jechało, wiedząc, że za tobą siedzi pasażerka, która mocno się ciebie przytrzymuje, wręcz ściska w pasie. Starałem się nie myśleć o dzisiejszym wieczorze, który mimo wygranej nie należał do udanych. Po uzyskaniu adresu Martiki próbowałem skupić się na jeździe, ale było to wręcz niewykonalne. wszystkie wspomnienia wróciły ze zdwojoną siłą, znów ogarnęło mi znajome poczucie bezsilności. To było ponad moje siły, myślałem że rany przeszłości się zagoiły. Najwidoczniej się myliłem, cholernie się myliłem.
Przystanęliśmy przy jej mieszkaniu, pomogłem jej zsiąść. Zaśmiała się pod nosem.
- Od kiedy ty jesteś taki szarmancki?
- Oh, przestań. Ja przecież zawsze jestem chodzącym ideałem. No już, zmykaj do siebie. - miałem nadzieję, że mój spokojny i rozluźniony wyraz twarzy jest w miarę przekonywujący.
- Dzięki. - wyszeptała, po czym podała mi kask. - Do zobaczenia. - pożegnała się z resztą, po czym zniknęła za wejściowymi drzwiami. Patrzyłem jeszcze dłuższą chwilę za nią.
- Dziki, co się wydarzyło wtedy, w klubie? Czemu była taka zapłakana?
- Martika była napastowana, jakiś zachlany gość chciał ją zgwałcić. - odparłem bezbarwnym tonem. Nie patrzyłem nawet na nich. Bałem się, że nie wytrzymam ich spojrzenia.
- O cholera... - zaklął Szybki.
- Zabiłbym sukinsyna. - warknął Bury.
- Ja też miałem taki zamiar. Jedźmy już do domu, niech ta pokręcona noc już się skończy.
Jeśli ktoś by pomyślał, że udało mi się szybko zasnąć, to grubo by się mylił.
***
Po kilku godzinach przywoływania ostatnich wydarzeń, wyczerpany i zmęczony wstałem. Tamtej nocy coś ewidentnie we mnie pękło. A ja tak bardzo nie chciałem powracać znowu do punktu wyjścia, do tych pieprzonych lat dzieciństwa. Tak bardzo chciałem, by ktoś w cudowny sposób pozbawił mnie tych nieprzyjemnych wspomnień, które już nieraz spędzały mi sen z powiek.
Ale już nie byłem tym samym dziesięciolatkiem, powoli wkraczałem w dorosłość. Przynajmniej tak myślałem. Ten incydent uświadomił mi, że jeszcze nie uporałem się z przeszłością. Ignorując tępy ból z tyłu czaszki, szybko przebrałem się w czyste ciuchy i bez śniadania wybrałem się do galerii na zakupy, chcąc oszczędzić sobie dalszych rozmyślań. Jeszcze niepotrzebnie zrobiłbym się strasznie sentymentalny. A tego było mi najmniej potrzeba.
Do domu dotarłem późnym popołudniem, torby z nowymi ubraniami rzuciłem na kanapę w salonie. Nastawiłem wodę na kawę, gdy mama zjawiła się w kuchni.
- Cześć synku - nie, nigdy jej nie wytłumaczę, że NIE JESTEM już przedszkolakiem, ale mniejsza. - Gdzie byłeś wczoraj? - zapytała mimochodem, grzebiąc w lodówce.
- Razem z chłopakami poszliśmy na kręgle. - klasyka banału. To aż dziwne, że moja rodzicielka wciąż w to wierzyła.
Położyła na blacie kubek lodów. Moich ulubionych.
- To z pewnością dobrze się bawiliście. - no tak, wprost kurwa zajebiście.
- Taaa... - westchnąłem, zalewając moją ukochaną kawę, czarną, bez mleka, z dwiema łyżeczkami cukru. Przystanęła na chwilę.
- Maciek, wiem, że się na nas gniewasz, ale zrozum, że...
- Dobra, to już nieważne. - pomyślałem o moim genialnym pomyśle. - Nie gniewam się. - podeszła w moją stronę i położyła dłoń na moim policzku. Zdusiłem chęć natychmiastowej ucieczki.
- Całe szczęście. Nie chciałabym, by mój jedyny syn chował do mnie urazę. Naprawdę nie łatwo nam było o tym zadecydować. - z rosnącym zażenowaniem patrzyłem w pełne miłości oczy swojej matki. Jak ona potrafiła kochać takiego skurwiela bez jakichkolwiek uczuć jak ja? Dziwne ciepło wdarło się do mojego zlodowaciałego serca. Najdelikatniej jak potrafiłem ująłem dłoń wciąż pięknej i zadbanej 42-latki.
- Nie gniewam się, mamo, naprawdę. - zamknąłem jej dłoń w swoich, dla upewnienia się jeszcze raz szybko przeanalizowałem mój plan usunięcia się z liceum w Puławach. Uśmiechnęła się promiennie, a jej twarz wyraźnie się rozpogodziła.
- Zobaczysz, jeszcze będzie dobrze. - jak bardzo chciałem uwierzyć w te słowa... Wysiliłem się na odwzajemnienie uśmiechu. Teraz lepiej nie palić za sobą mostów, mama mogła stać się moim sojusznikiem.
- Nie pozostało mi nic innego, jak uwierzyć ci na słowo. - ucałowałem wierzch jej dłoni, na co roześmiała się.
- Może mój dżentelmen zgodzi się zjeść ze mną wyśmienite lody waniliowe z akompaniamentem jakiegoś filmu akcji? - siła wyższa, musiałem się zgodzić.
- Jasne mamo. - zabrałem ze sobą kawę i usadawiając się na kanapie, włączyłem plazmę. - To co mamy w repertuarze? - brunetka położyła dwie salaterki i pudełko lodów na niskim stoliku, po czym zerknęła na okładkę płyty.
- 'Szybcy i wściekli 5'. Może być? - zaczęła nakładać nam porcje.
- Zapowiada się obiecująco. - włożyłem płytę do odtwarzacza i zajadając lody, zapatrzyłem się w lecące na początku filmu reklamy sponsorów.
Co z tego, że oglądałem to już z pięćdziesiąt razy i znam na pamięć prawie każdą kwestię? W imię pozyskania koalicjanta i stworzenia pozytywnego wrażenia warto się było poświęcić.
~ część.8
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz