wtorek, 14 lipca 2015

Break the Rules ~ część.2

część.1

(Martika)

Pogoda za oknem idealnie odzwierciedlała moje dzisiejsze samopoczucie - szare, deszczowe chmury zwiastowały rychłe nadejście burzy. Westchnęłam cicho, ponownie przenosząc wzrok na tablicę. Myślałam, że zwariuję...ze wszystkich przedmiotów szkolnych zdecydowanie najbardziej nienawidziłam historii. Nasz nauczyciel miał wielki talent do przemieniania najbardziej krwawych scen w nudne i niekończące się opowieści nie wiadomo o czym. Mimo tego, było mi go trochę żal, że wszyscy go olewają. Spojrzałam na zegar i jęknęłam - jeszcze pół godziny męki. Na szczęście pan Zalewski był tak zafascynowany swoją opowieścią, że nawet tego nie zauważył. Nie zauważył też tego, jak Karolina dźga mnie cyrklem w plecy.
 - Martika. - syknęła - Martika, przestań mnie ignorować i  odwróć się wreszcie!
Naprawdę nie wiem jak Zalewski mógł tego nie dostrzec.


 - Co znowu? - zapytałam, odwracając się. Wystraszyłam się widząc w jej oczach błyski, to nie zwiastowało niczego dobrego.
 - Masz plany na dzisiejszy wieczór? - jej usta rozszerzyły się w uśmiechu.
 - Myślę, że dobra książka i kawa to to, czego mi dziś potrzeba. - odpowiedziałam szczerze, doskonale zdając sobie sprawę z tego, że ona ma już plany dla nas obu.
 - Ty i te twoje książki...- prychnęła - Mam lepszy pomysł...ale o tym nie tutaj. - dodała, widząc, że Zalewski spogląda na nią znad okularów.
 Wreszcie nadeszło zbawienie, dzwonek zwiastował nadejście przerwy, a dla mnie, koniec wszystkich lekcji. Wybiegłam z klasy, nie dając Karolinie szansy na objaśnienie mi swojego planu. Dziewczyna nie poddała się jednak tak łatwo i złapała mnie przy wyjściu, ze szkoły.
 - Zaczekaj! - usłyszałam jej krzyk tuż za sobą i poczułam jej dłoń na nadgarstku.
 - A miałam nadzieję, że już mnie nie złapiesz. - odparłam, śmiejąc się.
 - Ha, ha, bardzo śmieszne. - przewróciła teatralnie oczami - Zważywszy na to, że nie masz planów na wieczór... - zaczęła.
 - Mam... - wtrąciłam cicho.
 - postanowiłam, że się trochę rozerwiemy... - jej głos, aż drżał z ekscytacji, kiedy mówiła o "naszych planach"
Przechodziłyśmy właśnie jedną z wąskich, parkowych alejek, kiedy wreszcie skończyła.
 - Nie! - krzyknęłam podenerwowana, co spowodowało, że siedzące na drzewach ptaki odfrunęły w popłochu - Nie ma mowy, nie pójdę tam! Jeśli chcesz, możesz iść sama.
 - Oj, no weź chociaż raz mogłabyś wyluzować, zobaczysz będzie fajnie! - wykrzyknęła entuzjastycznie Karolina.
 - Ale wyścigi? Serio? Nie mogłaś wymyślić czegoś lepszego? Chyba pamiętasz jak to się skończyło ostatnim razem. Ups, nie, nie możesz pamiętać, tak się zalałaś, że musiałam zbierać cię nieprzytomną z ulicy. - warknęłam przyciszonym głosem. Może i nie powinnam jej tego wypominać, ale drażni mnie fakt, że zawsze to ja muszę ją pilnować. 
 - Tym razem będzie inaczej, obiecuje, że nie spiję się jak świnia. - przyrzekła uroczystym głosem.
Nie odzywając się szłam dalej przez park, próbując odzyskać psychiczną równowagę.
 - No tak, wiedziałam, że nie umiesz się bawić. - odezwała się, w końcu Karolina, kiedy wchodziłyśmy do autobusu. I to zdziwienie, kiedy był prawie pusty.
 - I wiesz także, że preferuję trochę inne formy rozrywki niż ty, tak więc dziękuję, nie skorzystam z propozycji. - warknęłam gniewnie.
 - Czytanie książek nazywasz rozrywką? Błagam cię, nawet emeryci mają w sobie więcej życia niż ty. - prowokowała mnie i niestety udało jej się.
Prychnęłam pogardliwie, rzucając rozwścieczone spojrzenie za okno. Już prawię dojeżdżałam do domu.
 - Niby ja nie umiem się bawić!? To, że nie mam ochoty na te durne wyścigi, nie oznacza, że nie umiem się bawić- krzyknęłam zduszonym głosem.
 - To znaczy, że idziesz? - zapytała Karolina.
 - Zastanowię się. - warknęłam, wstając.
Karolina uśmiechnęła się tryumfalnie, spoglądając na mnie.
 - Będę o pół do jedenastej. Tylko wrzuć na siebie coś fajnego, błagam. - rzuciła na pożegnanie.
Wysiadłam z autobusu. Wiatr rozwiał moje włosy, powodując jeszcze większe zdenerwowanie niż dotychczas. Nienawidziłam tego jak Karola mną manipuluje. Do tego wszystkiego zaczął padać deszcz, świat z niewiadomych przyczyn uwziął się na mnie tego dnia. Pobiegłam do domu, próbując odgarnąć z twarzy czerwone kosmyki. 
Wchodząc do domu wiedziałam, że nie zastanę w nim nikogo. Rzuciłam torbę gdzieś w przedpokoju, a sama pobiegłam na górę. Uspokoiłam się dopiero wtedy, gdy przekroczyłam próg swojego pokoju. Od razu walnęłam się na łóżko i nałożyłam na uszy słuchawki. Odprężyłam się słysząc w nich "moją" muzykę. 
***
 - Miałaś być już gotowa! - znajomy głos Karoliny rozbrzmiał w mieszkaniu. 
 - Jestem gotowa. - stwierdziłam.
Karolina zrobiła tylko tą swoją minę, ale nic nie powiedziała, wiedząc, że i tak mnie nie przekona do zmiany ubrania. 
 - Twojej mamy nie ma? - zapytała, tylko po to, aby nie trwać w ciszy, która nas ogarnęła.
 - Wróci gdzieś na początku lipca. - odparłam obojętnie. - Idziesz, czy będziesz tu tak stać? - zapytałam w końcu, stojąc w otwartych na oścież drzwiach.
Karola jakby dopiero co się przebudziła, a jej wzrok powędrował na moje nogi.
 - Litości, Martika, jest czerwiec, a ty chodzisz w glanach? - zapytała, dobrze skrywając rozbawienie.
Wzruszyłam ramionami.
 - Ale muszę ci przyznać, że masz zajebisty tyłek w tych spodniach. - dodała, patrząc na moje rurki ze sztucznej skóry.
Wybałuszyłam oczy nie wierząc w to co słyszę. Czułam, jak policzki robią się czerwone.
 - No chodź już. - pociągnęłam ją za rękę, gdyż nie bardzo wiedziałam co mam zrobić. W tamtej chwili chciałam ją zabić.
***
Noc była chłodna, mimo tego tłum ludzi na tym wysypisku była ubrana jak na plażę, przynajmniej w moim mniemaniu. Denerwował mnie fakt, iż dziewczyny które tańczyły obok wielkich głośników, były traktowane przez chłopców jak przedmioty. Stali w okół nich i bez odrobiny wstydu patrzyli się na ich biust i tyłki i pokazywali je sobie palcami, wymieniając między sobą uwagi. Irytowało mnie też to, że owe dziewczyny nic sobie z tego faktu nie robią, a nawet zdają się być z tego powodu zadowolone. Prychnęłam zirytowana.
 - Co jest? - zapytała Karola, odrywając wzrok od grupki chłopaków.
 - Zupełnie nic. - odparłam, udając, że ten klimat mi odpowiada.
Karolina westchnęła tylko i pociągnęła mnie za rękę. Jak się okazało do grupki jakichś chłopaków. Zaczęła z nimi rozmawiać, a ja zaczęłam rozglądać się bez celu. Moją uwagę przykuł jeden z chłopców na motocyklach, który nie wiedzieć czemu wydał mi się znajomy. Zapatrzyłam się na niego chwilę, nie mogąc przypomnieć sobie skąd go kojarzę, a widząc, że on również mi się przygląda, speszona odwróciłam wzrok i włączyłam się do rozmowy.
 Z niecierpliwością wyczekiwałam, aż wyścig się zacznie. Nie, żebym jakoś szczególnie interesowała się jego przebiegiem, ale miałam już dość Karoliny, której mówiąc wprost coś odwaliło. Ciągała mnie od jednej grupki chłopaków do następnej, obsesyjnie próbując znaleźć mi jakiegoś faceta. 
 - O, zaczyna się! - krzyknęłam do Karoli, która już szła w stronę kolejnych mężczyzn.
Pociągnęłam ją za rękę, udając zainteresowanie i weszłam w tłum ludzi, zebranych przed startem. Dziewczyny piszczały i wrzeszczały, dopingując swoich chłopaków, a mężczyźni, o ile można ich już tak nazwać, zakładali się o wynik wyścigu. A ja pośrodku tego tłumu odgrywałam szopkę przed Karoliną, by dała mi wreszcie spokój. 
 Wyścig się zaczął, Karola zniknęła mi z oczu, mogłam wreszcie odetchnąć.
***
 Niezbyt interesowało mnie, kto wygrał wyścig, bardziej martwiło mnie to, że nigdzie nie było mojej przyjaciółki. Szukałam dosłownie wszędzie, ale nie mogłam jej znaleźć. Na początku fakt, że jej nie ma cieszył mnie, ale teraz bałam się, że coś jej się stało. Z nią wszystko jest możliwe. Wyciągnęłam telefon z kieszeni spodni i zadzwoniłam do niej. Odebrała po trzech sygnałach, a ja zatkałam jedno ucho ręką, by lepiej ją słyszeć.
 - Karola, gdzie się podziałaś!? - zapytałam poirytowana.
 - Och, pojechałam z Kubą do niego. - wytłumaczyła się. W tle słyszałam czyjś śmiech.
 - Do kogo? - mój głos drżał od gniewu, z trudem się opanowałam.
 - Nieważne, ale nie gniewaj się, wrócisz sama, tak?
 - Co? Czekaj!- ale już się rozłączyła. - Świetnie. - warknęłam do siebie.
Już z nią nigdzie więcej nie pójdę, nie ma szans. Stałam nieruchomo na środku pustego placu. Wiedziałam, że powrót zajmie mi wieczność, ale co miałam zrobić? Karolina miała moje pieniądze, więc o taksówce nie było mowy, a nikogo nie będę prosić, by zawiózł mnie do domu. Całe towarzystwo już rozchodziło się do domu, a ja jak stałam, tak stałam. W końcu, zebrałam się na odwagę i podeszłam do trzech chłopaków, którzy byli najbliżej mnie, z zamiarem... no właśnie czego? Sama nie wiedziałam co chcę zrobić.
 - Cześć. - przywitałam się, a oni podnieśli na mnie wzrok. 
Zabrakło mi słów, kiedy uświadomiłam sobie, że jednym z nieznajomych jest ten, którego dostrzegłam w tłumie na samym początku. Dalej nie wiedziałam kim jest, jednak przeświadczenie, że skądś go znam nie opuszczało mnie ani na moment. 
 - No, dobra, moja koleżanka mnie wystawiła i nie mam jak wrócić do domu, zabawne nie? Czy któryś z was byłby tak miły i odwiózłby mnie? - zapytałam szybko, mając nadzieje, że którykolwiek z nich zrozumiał choć słowo z tego bełkotu.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz