poniedziałek, 13 lipca 2015

Break the Rules ~ część.1

Maciek - DarkLady
Martika - Neko

(Maciek)
- Nie i koniec, nigdy w życiu tam nie pójdę! - myślałem, że to jakiś żart - Jak mogliście podjąć taką decyzję beze mnie? Więc ja się już nie liczę?! Tak?! Ale proszę bardzo, sami sobie tam idźcie! - wykrzykiwałem to  w twarz Adamowi I Elżbiecie, moim szanownym rodzicom . Widząc moje wzburzenie , stali bezradnie naprzeciw i nie mieli już żadnych argumentów potwierdzających słuszność podjętych przez nich decyzji.
- Maciek, nie denerwuj się, nie było innego wyboru. Zrobiliśmy tak, by tobie było najlepiej. - próbowała załagodzić całą sprawę pani domu.
- Czyżby? Czyli uważacie, że posyłając mnie do publicznego liceum będę szczęśliwszy? - odparowałem już nieźle wkurzony - Nie mogę nawet wybrać szkoły? Tak mało dla was znaczę?! - pieklił się dalej. Sfrustrowany takimi słowami, Adam zrobił krok w moją stronę.


- Dosyć tych bzdur! - rzucił zagniewany, ruchem ręki nakazał milczenie - Dobrze wiesz, że jesteś dla nas najważniejszy. Zadecydowaliśmy tak, bo uważamy, że taka zmiana wyjdzie ci na dobre. Zaczniesz przebywać wśród normalnych ludzi, poznasz nowych kolegów, zasmakujesz życia w zwyczajnych warunkach. To na pewno zmieni twoje podejście.
- Oczywiście, że zmieni. Zobaczę jak wygląda życie wśród wieśniaków i biedoty! Cudownie!
- Koniec zbędnej dyskusji. Od września będziesz uczęszczał do Liceum Ogólnokształcącego w Puławach. Masz zapewniony dojazd taksówką, chyba że dalej będziesz się awanturował, to pomyślimy o najbliższym autobusie. Rozmowa skończona. - rzekł surowym tonem kochany ojczulek. Parsknąłem gniewnie.
- Aha, no to wspaniale. Po prostu nie mogłem sobie tego lepiej wyobrazić! Witaj świecie plebsu! Wiecie co, nie chce mi się na was patrzeć! Nie pomyślałbym, że tak bardzo chcecie mi uprzykrzyć życie. Bardzo wam dziękuję! - wyskoczyłem niczym torpeda, czując jak pięści samoistnie mi się zaciskają, wiedząc, że teraz mógłbym wyrzucić z siebie słowa, które tylko niepotrzebnie by pogorszyły sytuację.
- Maciek, uspokój się. - usłyszałem jeszcze przyciszony głos matki, odpowiedziało jej tylko trzaśnięcie drzwiami. Szybkim krokiem wyszedłem z apartamentu. Udałem się w stronę garaży i wyprowadziłem z nich mojego ścigacza. Założyłem ulubioną skórzaną kurtkę i kask. Odpaliłem motocykl, który zamruczał do mnie na przywitanie. Dodałem gazu i po chwili opuściłem posesję. Dopiero teraz mogłem trochę ochłonąć.
No tak, rodzice mnie wyrolowali, mnie, Macieja Pilarskiego, syna dyrektora i właściciela największej sieci banków w Polsce, zmuszając do uczęszczania do szkoły z prostakami, bez starych kumpli i żadnych przywilejów. Gorzej już chyba być nie mogło. Odruchowo przekręciłem manetkę, jakby to miało cokolwiek pomóc. Po paru minutach dotarłem do parku, zgasiłem silnik i zaparkowałem moją ukochaną Hondę CBR w malowaniu czarno-czerwonym, a kask zawiesiłem na kierownicy. Kluczyki schowałem w kieszeni kurtki. Zauważyłem pozostałą dwójkę na parkowej alejce, w naszym stałym punkcie spotkań. Zarzuciłem skórę na ramię i niedbale przeczesałem palcami włosy. Przybrałem maskę względnego zadowolenia i nieśpiesznie ruszyłem w ich stronę. Miałem nadzieję, że ich towarzystwo pozwoli mi choć na chwilę zapomnieć o tej chorej sytuacji.
Przywitałem się z Szybkim i Burym,wziąłem z brzegu ławki szlugi i odpaliłem jednego.
- Stary, coś ty sobie peeling robił czy inne chujostwo? Czekamy chyba od godziny na jaśnie pana. - upił łyk piwa Robert, Nikodem parsknął.
- Nawet mi nie przypominaj, w domu mam niezłą jazdę. Moi rodzice są doprawdy geniuszami.
- Zabrali ci platynową? - wtrącił się Bury.
- Gorzej. Chcą mnie wysłać do państwowego liceum od nowego roku szkolnego.
Obaj wybałuszyli oczy ze zdziwienia.
- Żartujesz, no nie?
- Chciałbym. Mieliśmy niemałą spinę, dlatego się spóźniłem.
 Zapadło krępujące milczenie. Każdy z nas bił się z myślami.
- Może po prosty starzy cię wkręcają. Pewnie chcieli sprawdzić twoją reakcję. - Szybki machnął ręką.
- Wiesz, że jak im coś uderzy do głowy, to prędko się nie rozmyślą. Teraz trzeba pomyśleć jak się z tego wyplątać.
Bury potarł kark, głośno wypuszczając powietrze. To nie wróżyło za dobrze.
- Raczej nie zdążysz pokazać rodzicom, że poprawiłeś się w nauce, więc zostało tylko jedno. Spróbuj nie zdać do następnej klasy. - wypalił wspaniałomyślnie Robert.
- Porypało cię? Bądź co bądź, ale jednak chciałbym dotrzeć na studia bez kiblowania. Inaczej nie przejmę po ojcu interesu. - zaciągnąłem się mocniej, dym przyjemnie drapał moje gardło.
- No bez jaj. Że niby nasza paczka ma się rozwalić? - jęknął Szybki. Doskonale rozumiałem jego niechęć. Na razie do mnie nie docierało to, że po wakacjach nie spotkamy się w budzie w starym składzie.
- Spróbuj jeszcze z nimi pogadać. Najwyżej obiecasz im, że znajdziesz sobie jakąś dorywczą pracę na wakacje czy coś? - łypnąłem na Niko złowrogim spojrzeniem.
- No tak zdesperowany to ja nie jestem. Miałbym zrezygnować z codziennej imprezy w Kazimierzu?
- Sorry Dziki, ale nam się pomysły już skończyły. Tak źle, tak niedobrze. - rozsądził w końcu Szybki. Zagryzłem wargę. Nagle mnie olśniło.
- Mam! - krzyknąłem nagle, aż chłopaki się zerwali. - Skoro nie pasuje im taka wersja synulka, to z pewnością zadowolą się mega kujonem! - krzyknąłem zachwycony swoim pomysłem.
- Maciek, nie wiem coś ty dzisiaj brał, ale albo to odstaw albo się podziel, bo już całkiem cię nie rozumiemy. - przewrócił oczami Bury. Wskoczyłem na ławkę, zamaszyście odchrząknąłem i zacząłem przemawiać.
- Będę kujonem. Takim wykutym, że aż wszystkich zemdli. Wtedy mamusia i tatuś uwierzą w moją cudowną przemianę i z powrotem będę mógł wrócić do naszego Kryształowego Liceum. Dziękuję bardzo, koniec przemowy. - ukłoniłem się teatralnie i zauważając kątem oka, że dziewczyny siedzące na ławce naprzeciwko przyglądają mi się z uśmiechem, puściłem im oczko i zeskoczyłem z mojej mini mównicy.
- Nie najgorszy pomysł, ale całkowicie z dupy. - chłodno stwierdził Nikodem, jak zawsze rozsądny i opanowany. - Co masz na myśli, mówiąc o przemianie w prymusa?
- Oczywiście trochę muszę się podciągnąć w nauce, odpuścić sobie na razie przypały, również mile widziana wersja hard.
- Wersja hard? - uniósł brew Szybki.
- Jak przemiana, to już po całości. Bury, masz u siebie w szafie jakieś pulowery, sprane koszule i marynarki? - popatrzyłem na 'bardzo mądry' wyraz twarzy najmłodszego. Mimo, że wszyscy jesteśmy z jednego rocznika, to Nikodem jest najmłodszy, Robert najstarszy a ja tak po środku.
- Ojciec ma. - zlustrował mnie uważnie. - Ale teraz to się już z nas nabijasz. - wziął ode mnie papierosa
- Otóż nie, mój brachu. Zobaczysz, że nie zostanę w nowej budzie ani miesiąca nim wrócę. - nie byli nastawieni entuzjastycznie, ale ja już miałem dokładny plan w głowie.
- No, to w takim razie jedziemy na rynek, o dziewiętnastej ma się zacząć koncert CHADY. - nie kojarzyłem gościa, ale skoro Szybki ma zamiar na niego pójść..
- W końcu jakaś słuszna koncepcja. Zwijamy się panowie, jest już za piętnaście siódma. - zabrali swoje kurtki z oparcia i poszli po swoje maszyny. Ja kiwnąłem jeszcze do dwóch całkiem urodziwych nastolatek i ulokowałem się na Hani.
 Po chwili usłyszałem za sobą Suzuki GSX650F i Kawasaki Ninja. Jeden za drugim. Nauczyłem się ich poznawać po dźwięku ich silnika. Zbyt dużo razy zdarzyło mi się je naprawiać.
Tej nocy zaliczyliśmy koncert, swoją drogą całkiem niezłe rapsy, potem kilka drinków w 'Rabiosie' no i powrót do domu o trzeciej nad ranem. Może alkohol i moto to nie najlepsze połączenie, ale umówmy się: mój organizm nawet nie zauważył jakichkolwiek procentów a dla policjantów nawet się nie zatrzymuję.

Jeśli wczorajsza informacja o zmianie szkoły mnie przytłoczyła, to dzisiaj nie stanowiła aż tak wielkiego problemu. Byłem pewny tego, że się z tego wyplączę. Może wcześniej, może później. Chociaż nie powiem, zirytował mnie fakt, że to rodzice decydują o mojej przyszłości bez żadnej konsultacji. No kurde! To ja tam mam się uczyć, nie oni! Potraktowali mnie jak dzieciaka, który nie ma prawa o czymkolwiek decydować. To bolało, w końcu osiemnastka za pół roku, a ja wciąż jestem porównywany z 'gorącymi piętnastkami'. Wiem, że może i nie należę do najpokorniejszych i najgrzeczniejszych uczniów w Kazimierzu Dolnym, ale w końcu każdy musi się wyszumieć. Nie można sobie wiecznie czegoś odmawiać. Potem studia, będę całymi dniami ślęczeć na wykładach, a później praca i praca... Kiedy się bawić, jak nie teraz? Jeśli oni myślą, że zmiana otoczenia nagle mnie odmieni, to są w wielkim błędzie. Z taką myślą zszedłem na dół i  zabrawszy z patery dwa jabłka, udałem się do garażu, mojego drugiego pokoju.


  Do zakończenia roku szkolnego zostało już zaledwie dwa tygodnie. Z racji tego, że nauczyciele wystawili nam już oceny na koniec, nie zamierzałem dodatkowo tracić czasu na chodzenie do szkoły. Średnia 4.25, jak na mnie całkiem nieźle, ale zachowanie już poprawne. Szczerze mówiąc, niezbyt mnie to interesowało, zawsze uważałem, że oceny, zarówno cząstkowe jak i końcowe, to tylko głupie cyferki, które próbują zobrazować stan naszej wiedzy teoretycznej, która według mnie nijak się ma do praktycznych umiejętności. Bo jaki to pożytek, że umiesz całki, skoro przy pracy w kuchni ci się nie przydadzą? Uczyłem się tylko ze względu na mamę, bo to jej najbardziej na tym zależało. Chciałem tym w jakiś sposób wynagrodzić się za to, że razem z tatą muszą mnie czasem odbierać z posterunku policji czy tłumaczyć moje wybryki przed dyrektorem, nomen omen ojcem Nikodema. Pogrążony w rozmyślaniach nie zauważyłem nawet wejścia naszego sąsiada, Marka Bazarkiewicza. Zastukał w blaszane drzwi.

- Jak się masz, Maciek? Nie jesteś w szkole? - uścisnęliśmy sobie dłonie.
- Nie, oceny już wpisane długopisem, więc korzystam z wolności. - trochę już siwiejący, przysadzisty mężczyzna zaśmiał się.
- Naprawiasz motor?
- Wymieniłem tylko olej i trochę go wyczyściłem. - wytarłem dłonie ze smaru. - Proszę, niech pan wejdzie do domu, tata zapewne na pana czeka. - zaprosiłem go ruchem dłoni do środka.
- Nie, ja do ciebie, Maciek. Mówiłeś kiedyś, że znasz całkiem dobrze angielski. Podszkoliłbyś może mojego Janka, pojutrze ma poprawkę z tego przedmiotu. - nie miałem żadnych planów na resztę dnia, a i nie mógłbym odmówić pomocy trzynastolatkowi, którego ojciec pozwala nam jeździć za darmo po nowootwartym torze wyścigowym. Taki układ mi pasował.
- Oczywiście, wpadnę do niego za dwie godzinki.
- Wielkie dzięki. To w takim razie widzimy się później. Trzymaj się.
- Do zobaczenia. - kiwnąłem głową na pożegnanie. Do czego to doszło, że ja komuś udzielam korepetycji...

Młody dosyć szybko opanował materiał i byłem stuprocentowo pewny, że zda anglika na minimum trzy. Wróciłem do domu, zrobiłem na szybkiego żarcie i rozsiadłem się wygodnie na kremowej kanapie przed telewizorem. Włączyłem odpowiedni kanał i czekałem na rozpoczęcie się meczu koszykówki. Chwilę później usłyszałem pukanie i zobaczyłem Roberta z czterema butelkami piwa. Nasza odwieczna umowa: ja organizuję jedzenie i miejsce, on picie. W jego domu nie ma warunków, by w spokoju obejrzeć rozgrywkę, ma dwie młodsze siostrzyczki, Emilkę i Zuzię, które wręcz uwielbiają nam wtedy przeszkadzać. Cóż, jednak bycie jedynakiem ma swoje plusy. Chociaż, w moim przypadku sprawy mają się zupełnie inaczej...

- Rozpoczęło się już? - zamknął drzwi kopniakiem i postawił butelki na stoliku.
- Nie, trafiłeś w idealnym momencie. Bury gdzie?
- Ma próbę zespołu, mówił, że dziś nie da rady.
- Jego strata. Nigdy zresztą nie rozumiałem, po co on się bawi w ten szajs?
- Jedynym racjonalnym powodem jest Majka Kruk.
- Aaa, to ta blondyna? Ojj, ma dziewczyna czym oddychać. - zaśmiałem się pod nosem.
- Ma idealne..jak to się mówi...warunki. - zacmokał z uznaniem.
- Dobra, cisza, bo się zaczyna. - otwarłem piwo o kant stołu i wyciągnąłem wygodnie nogi przed sobą.
Po pierwszej połowie, w przerwie na reklamy Szybki zwrócił się do mnie:
- Jutro mają się odbyć wyścigi.
- Gdzie? - szybko podłapałem temat.
- Na obrzeżach miasta, na zamkniętym wysypisku. - potarłem dwudniowy zarost.
- Ciekawe, ciekawe, jaka jest nagroda?
- Organizator mówi, że o skrzynkę najlepszego Porto. - skrzywiłem się.
- E, to nawet mi się nie chce tam jechać. Musiałbym palić tam gumę, a dziś wymieniałem opony na nówki. - powiedziałem zgodnie z prawdą.
- Nie, żartuję, stawka jest o wiele wyższa.
- No to gadaj, a nie rób sobie jakichś podchodów. - trzepnąłem go poduszką.
- Podobno wygranemu przekazuje swój motocykl do następnych zawodów.
- Czyli na jakiś miesiąc, może półtora.
-Dolicz do tego podziw lasek, bo na pewno też wpadną. - moje usta samoistnie rozciągły się w uśmiechu.
- To o której zaczyna się widowisko? - założyłem ramiona za kark i zerknąłem na kiwającego głową, roześmianego Szybkiego. Nie mogłem przecież przegapić takiego widowiska.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz