piątek, 31 lipca 2015

Break the Rules ~ część. 11


~ część.10

(Maciek) - Jestem gdzieś brudny? - potarł się po karku zakłopotany Bury. Trzeba mu przyznać, że ma niezły talent aktorski, rolę zakochanego kundelka spełnia doskonale. 

Dziewczyna przysłoniła dłonią usta, by nie roześmiać się ponownie.
- Nie, tylko on... - tu wskazała na mnie palcem - a zresztą nieważne. 
Nikodem spojrzał na mnie i wzruszył ramionami.
- Czekałem na ciebie, bo chciałem ci wręczyć zaproszenie na nasz koncert. To znaczy mój. To znaczy mojego zespołu. - zaświecił swoimi śnieżnobiałymi rodem z reklamy pasty do zębów. Założyłem ręce na piersi i nonszalancko oparłem się o ścianę.



-  No właśnie, chłopak chce ci dać głupi bilet, a ty się chowasz po kiblach. Moja droga, czasy podstawówki już dawno minęły. - zmrużyłem oczy, widząc jej wściekłe spojrzenie.

- A skąd to przypuszczenie, że chowam się przed wami w ubikacji? - starała się wyjść z twarzą z tej absurdalnej sytuacji, lecz różowe wykwity na jej policzkach przesądzały o jej przegranej. Uniosłem dłonie do góry na znak, że odpuszczam. Zaczesała włosy za ucho, a robiła tak ilekroć była speszona .
- Masz czas jutro, o 19? Gramy w prywatnym liceum nr. 1 w Kazimierzu Dolnym na ulicy Szkolnej. Potem robimy jeszcze małe after party. Chcemy należycie uczcić zakończenie roku szkolnego. - wtrącił się Bury. Dziewczyna potaknęła głową.
- Myślę, że znajdę czas. Mogę zabrać ze sobą Karolinę? Nie wybaczyłaby mi, gdybym jej tam ze sobą nie wzięła. 
- ...Tak. - odparł słabo blondyn. - Bilet jest dla dwóch osób, skoro nie bierzesz chłopaka... - posłał jej spojrzenie spod ukosa.
- Dzięki. - uciekała wzrokiem. - To zapewne jesteście całkiem nieźli, skoro trzeba mieć wejściówkę na koncert.
Nikodem urósł dosłownie kilka centymetrów. Jak dla mnie ten cały boysband jest tylko powodem do wyrywania lasek. Byli tacy 'och i ach', że równie dobrze mogliby stać jak słupy soli na scenie, bez instrumentów i mikrofonów, a napalone nastolatki i tak rzucałyby im swoje majtki razem z numerami telefonów. Chodzę na imprezy tylko z  przyzwoitości, by nie narażać się na scysje z kumplem. Zazwyczaj udaje mi się przesiedzieć przy jakimś odosobnionym stoliku z drinkiem w ręce, zagadując do jakiejś dziewczyny. Inaczej po dwudziestu minutach tego żałosnego rzępolenia uszy by mi zwiędły. Ale do tego nie przyznałbym się nawet gdyby mnie przypalali żywym ogniem.
- Co roku przychodzi dużo ludzi z naszej budy, do tego schodzą się jeszcze z innych szkół. Wszyscy nie mogliby się pomieścić w sali gimnastycznej. - co fakt to fakt. Przecież te sikające na ich widok fanki mają okazję, by bez wyrzutów sumienia poślinić się do tych ociekających miodem ciasteczek. Zastanawiam się tylko, czy ktokolwiek przychodzi tam po to, by posłuchać muzyki. Ludzie przychodzą tam, by się najebać, polansić i przy odrobinie szczęścia zaliczyć panienkę, przeżyć swój pierwszy raz.
- W takim razie tym bardziej mi miło. Postaram się wpaść. - schowała złożony papierek do kieszeni. - To się robi podejrzane, nie zbyt często wpadamy na siebie?
- Ja też twierdzę, że coś jest na rzeczy. - pociągnął łyk shake'a Szybki. - Jak po zakończeniu roku? 
- Nie najgorzej. - przecież sama dobrowolnie by się nie przyznała, że ma najlepszą średnią w szkole i może się pochwalić wygraną w ogólnopolskim konkursie.
- Czyli czerwony pasek i najlepsza średnia? - ubiegł mnie Bury.
- Coś tak jakby. - czemu nie cieszyła się z dobrych wyników? To powinien być dla niej powód do dumy, a nie... - A u was?
- Ja z Burym ledwo pasek, tylko Dziki się coś posypał. - wyjaśnił Robert. Płomiennowłosa przeniosła wzrok na moją postać.
- Nie chciałem wyjść na kujona, mnie tam moje 4.25 pasi. - nie wiedzieć czemu Martika się skrzywiła. Jednak w porę udało się jej przyjąć beztroską maskę. Coś tu się mocno nie zgadzało.
- Dobra, dobra, i tak wiadomo, że dla ciebie wyścigi i nowe dupy były ważniejsze. - ryknął śmiechem Szybki, a ja nie wiele się namyślając, trząchnąłem imbecyla w łeb.
- W naszym towarzystwie jest kobieta. - uniosłem kącik ust, patrząc na Martiką, która wpatrując się w swoje buty skubała postrzępione brzegi mocno wysłużonej torby. - A poza tym to moja sprawa, co robię. - Szybki pocierał obolałe miejsce.
- Nie zwracaj na nich uwagi. Przebywasz z takimi, a potem świecisz za nimi oczami... - pokręcił głową wielce oburzony Bury. Parsknąłem głośno.
- Sorki, ale musimy zwijać się do domu. Jeśli potrzebujesz transportu... - dziewczyna szybko mi przerwała.
- Nie, dzięki, za chwilkę mam autobus. I tak już dosyć nadużyłam waszej cierpliwości.
Nikodem położył jej dłoń na ramieniu. Martika wzdrygnęła się i stłumiła chęć strząśnięcia jej ze swego ramienia.
- Jutro mogę po ciebie przyjechać, powiedz mi tylko o której mam być pod twoim domem. - oho, Nikoś waruje. Grzeczny piesek.
- Nie ma sprawy, sama sobie poradzę. No to widzimy się na imprezie. Do jutra. - skierowała się w stronę przesuwanych drzwi.
- Nikodem, matko, jaki ty jesteś szarmancki! - powiedziałem przesłodzonym głosikiem gdy zniknęła mi z pola widzenia. - Przemieniasz się w pantofla, muszę ci przyznać, czynisz postępy. - wyrzuciłem puste opakowanie po popcornie do kosza.
- Zobaczysz, wkrótce i ona będzie mnie błagać o chociaż jeden wieczór razem. -
chłodno stwierdził blondyn.
- To życzę powodzenia, jutro na koncercie będę miał okazję ją urobić. - przyznał Robert.
- Tylko się nie zapominaj, bo całkowicie zdziadziejesz. - sarknąłem pod nosem.
- Wy się już o to nie martwcie.  Już ja wiem, co robię.


Następnego dnia wstałem przed południem, a gdy trochę się ogarnąłem, ruszyłem do naszego liceum, a następnie zeszedłem do najniższej kondygnacji, gdzie znajdowała się sala gimnastyczna. W środku czekał już na mnie Nikodem, który miał skombinować klucze od dyrektora liceum, czyli swojego ojca. 
Uścisnęliśmy sobie dłonie.
- Dziki, zabieraj się do roboty, Robert mówił, że przyjdzie do razu na imprezę, bo ma jakieś imieniny wujka czy babci... nie wiem. Jest już pierwsza po południu, musimy się wyrobić.
Ja rozkładałem podest, na którym mieli stać członkowie zespołu a on rozkładał perkusję, gitary, keybordy i mikrofony oraz podłączał kable do głośników.  Uwinęliśmy się ze wszystkim w półtorej godziny, łącznie z rozkładaniem pojedynczych stolików, podłączaniem reflektorów i dekorowaniem sali. Napoje miał donieść Robert, ja żarcie. Głowiłem się właśnie, czy pięć stów od ojca wystarczy mi na zakupienie przekąsek dla tłumu wygłodniałych ludzi, gdy Jakubik  ogłosił przerwę. Pijąc wodę, w drzwiach stanął Robert, który rzekomo miał przyjść z opóźnieniem.
- Na szczęście się jakoś wyplątałem z rodzinnego zjazdu. - powiedział zdyszany.
- Udawałeś znowu gruźlicę? - spytałem.
- Nie, tym razem zatrucie pokarmowe. - zaśmiał się. - Chodźcie na parking, przywiozłem napoje i alko. Musimy to wypakować. 


Zrobiłem szybkie zakupy, stawiając na słone przekąski i powróciłem przed gmach szkoły, robiąc chyba setne tego dnia kółko.
Około piątej wszystko było już dopięte na ostatni guzik, poszliśmy się odświeżyć i przebrać. 
Po orzeźwiającym prysznicu szybko wskoczyłem w czarną koszulę i tegoż koloru jeansy. Zaczesałem włosy do tyłu, pozostawiając je w nieładzie. Pogodziłem się już z tym, że nigdy nie doprowadzę ich do porządku. Do tego trampki i odrobina wody kolońskiej. Zerknąłem na całość w dużym lustrze w przedpokoju i wsuwając do kieszeni paczkę papierosów, poszedłem po motocykl.
Dochodziła siódma, gdy przystanąłem na tyłach budynku. Zauważyłem jeszcze inne maszyny, których właściciele z zazdrością spoglądali na Triumpha. Dziewczyny motocyklistów radośnie chichotały, raz po raz podchodząc do swoich facetów, by uraczyć ich pocałunkiem. Wiele osób stało na zewnątrz, bo zapewne nie mogło się dopchać do sali lub zwyczajnie było im za gorąco. Zapowiadała się impreza stulecia, wciąż ktoś dochodził i dochodził. Zacząłem się przepychać w poszukiwaniu Roberta, by upewnić się, że niczego nie brakuje. W gimnastycznej zabawa trwała już na całego, pary mocno przytulone do siebie ocierały się o siebie nawzajem. Nowy kawałek Nikodema najwidoczniej przypadł do gustu publiczności. Czując jak basy z głośników powoli mnie ogłuszają, ruszyłem po schodach do góry, by wyjść na zewnątrz. Niesamowity zaduch, który panował na dole był nie do zniesienia. Prawie każdy dzierżył w swoich dłoniach kolorowy kubeczek z drinkiem. Czy tylko mnie niepokoił fakt, że ta dzieciarnia miała średnią wieku trochę powyżej piętnastu lat?
Na boisku szkolnym oddalonym o kilka metrów od budynku na trybunach zauważyłem moją zgubę, na której kolanach siedzi nieznana mi brunetka. Byli pogrążeni w pocałunku, on kładł jej dłonie na talii, ona wodziła palcami po jego karku. Wsadziłem ręce do kieszeni i uśmiechnąłem się. Szybko się uwinął. Trudno się temu dziwić, ma przecież kasę i tą.. jak to się mówi? A, zewnętrzną aparycję. Tylko żeby one wiedziały co Szybki sądzi o poważniejszych związkach w liceum... Jak sam niegdyś stwierdził, jeden dzień może jeszcze wytrzymać, ale nic więcej. To dla niego rzekomo ograniczenie wolności. Jego rodzice ciągle chcą, by zmienił swoje podejście. Już szukają mu narzeczonej, z którą mógłby się zaręczyć zaraz po maturze a hajtnąć po studiach. On to lekko mówiąc olewa, nie zamierza nawet chodzić na różne bankiety, na których poznaje swoje potencjalne kandydatki na żonę. Podczas takich spotkań Robert zawsze musi wymyślić jakiś przypał, taki jak na przykład wyznanie jakiejś blond piękności, że nieoficjalnie jest gejem lub z powodu groźnego wypadku, w którym ledwo uszedł z życiem wycięto mu klejnoty. Jego matka dostaje apopleksji a ojciec nie nadąża z wymyślaniem mu nowych szlabanów, gdy dochodzą do nich zmyślone opowieści syna. Ale taki właśnie jest Szybki: brak zakazów i nakazów, totalna swoboda. To jego poznałem zaraz po przeniesieniu się do nowego gimnazjum, od początku zgadaliśmy się w kwestii motoryzacji i tego samego zamiłowania do adrenaliny. Dziewczyna przeniosła usta na jego szyję, a wtedy on otwarł półprzymknięte oczy i spojrzał prosto na mnie. Podniosłem rękę, a on chytrze się uśmiechając pokazał mi dłonią, że jest dobrze. Rozbawiony wróciłem na plac przy szkole. Na ławce pod rozłożystym dębem siedziała do mnie tyłem dziewczyna, która trzymała przy uchu komórkę. W sumie to nic nie traciłem, podszedłem bliżej i oparłem się ramionami o oparcie ławki, zwisając tuż nad jej głową. Obserwowałem, jak podenerwowana gestykuluje rękoma.
- Mówiłam ci już, Magda, on mnie już nie interesuje. Skoro wolał iść na jakiś denny turniej koszykówki niż uczcić ze mną naszą pierwszą rocznicę, to niech się wali. Przekaż mu, że jak tylko spróbuje przyjść do mnie z nędznymi badylami na przeprosiny to własnoręcznie wepchnę mu je w tyłek! - nie mogąc opanować śmiechu, parsknąłem głośno. Dziewczyna gwałtownie podskoczyła i upuściła telefon na ziemię. Obszedłem ją i podniosłem komórkę.
- Ależ mnie wystraszyłeś! - położyła dłoń na piersi. - Podsłuchiwałeś?! - zgrabna szatynka o świetlistych niebieskich oczach, małym nosku i wyraźnie zarysowanych ustach podniosła na mnie spojrzenie. W ramach niewerbalnych przeprosin uśmiechnąłem się.
- Problemy z facetem, co? - zabrała mi przedmiot z dłoni i pośpiesznie schowała do torebki. Na ile pozwalało mi światło latarni dostrzegłem, iż ma na sobie letnią sukienkę, w bordowym kolorze. Wdzięcznie spływała po jej zgrabnych nogach, założonych jedna na drugą.
- Tak. - westchnęła. - Przepraszam, ja muszę... - już miała wstać, gdy chwyciłem jej nadgarstek.
- Poczekaj chwilę. - pociągnąłem ją w dół, by znów usiadła. Poprawiła materiał i zajęła miejsce tuż obok mnie. Przewiesiła łokieć przez oparcie i uważnie zlustrowała mnie wzrokiem.
- Czego ty właściwie ode mnie chcesz, co? - od razu spodobał mi się jej melodyjny głos.
- Chyba się nie przedstawiłem. Maciek Pilarski. - na jej usta wypłynął ironiczny uśmieszek.
- Pilarski? Syn jednego najbogatszych bankowców w kraju? - nie lubię, gdy ktoś słysząc moje nazwisko od razu kojarzy mnie z ojcem, tak jakby to samo nazwisko mówiło kim jesteś.
- Tak. A ty jesteś...?
- Weronika Słowik. - podała mi dłoń i dziarsko uścisnęła. - To spytam jeszcze raz, czego ode mnie chcesz?
- Pogadać. Siedziałaś sama to pomyślałem, że się przyłączę.
- Ale jaki masz w tym cel? - dociekała.
- Oj rany, od razu muszę mieć cel? Dobra, chciałem bliżej poznać posiadaczkę tych pięknych loków. - złapałem niesforny kosmyk. Roześmiała się.
- Jaki czaruś. Tego jeszcze nie próbowałam, podrywać metodą 'na włosy'. - przechyliłem głowę i bok i bacznie się jej przyglądnąłem.
- Może najwyższy czas zacząć. - poddałem się hipnozie jej prześlicznych oczu. - Nie miałabyś nic przeciwko, gdybyś... - delikatnie położyłem dłoń na jej kolanie, lecz dziewczyna nie zaprotestowała. - ...towarzyszyła mi na tej imprezie? - Weronika przygryzła wargę. Po chwili odparła:
- W sumie to chyba nie mam nic przeciwko. Chodźmy się napić. - zakomenderowała i pociągając mnie za rękę, ruszyła w kierunku wejścia.
- Zatem prowadź. Tylko powoli, jeszcze się potkniesz w tych szpilkach. - usłyszałem jej chichot.
- Mam nadzieję, że chodzisz na siłownię, bo trzeba mnie będzie wtedy jakoś dźwignąć z podłogi. - będąc już w szkole, tuż przy drzwiach dostrzegłem znajome twarze.
- Martika? - przystopowałem, na co moja towarzyszka odwróciła się, zarzucając włosami.
 Płomiennowłosa spojrzała na Weronikę, a potem na mnie.
- Ekhm.. cześć. - odparła zmieszana. Za jej pleców wyłoniła się już lekko wstawiona Karolina. - Autobus nam uciekł, dlatego się trochę spóźniłyśmy.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz